Od rana padało, jednak dopiero wieczór przyniósł ze sobą przeraźliwy chłód. Ciemne chmury na niebie nie przepuszczały żadnego światła, a na horyzoncie co jakiś czas zalśniła błyskawica, lecz wszystko wskazywało na to, że burza przejdzie bokiem, z dala od miasta Z.
Freya wyszła z baru bez słowa, ospałym ruchem przecierając czerwone ze zmęczenia oczy. Alkohol, jaki przed chwilą wypiła, jeszcze palił ją w gardło. Sięgnęła do kieszeni i z żalem wyciągnęła z niej kilka monet. Spojrzała na złote krążki na swojej dłoni, po czym westchnęła. Wsypała je z powrotem do kieszeni, mrucząc pod nosem kilka niewyraźnych przekleństw.
Do miasta Z przyciągnęła Freyę kusząca wizja zarobku. Podobno roiło się tu od potworów, które mogłaby bez problemu ubić i dostać za to trochę pieniędzy. Jej nadzieje jednak okazały się próżne. Z jakiegoś powodu potwory - bo rzeczywiście było ich tu sporo - znikały równie szybko, jak się pojawiały, a działo się to za sprawą dziwnego gościa w pelerynie. Nie wyglądał zbyt inteligentnie, ale był bardzo silny. Freya miała z nim niemiłe starcie kilka dni wcześniej, kiedy sprzątnął jej sprzed nosa wyjątkowo śmierdzącą kreaturę powstałą ze ścieków. Dziewczyna była tuż przed nią i już za sekundę odcinałaby jej głowę, lecz nagle znikąd pojawił się on. Ubił potwora jednym zamaszystym uderzeniem pięści, dodatkowo oślepiając Freyę kompletnie łysą głową, od której odbijały się promienie słoneczne.
- Ty skurwysynu! - wrzasnęła w jego kierunku, z całej siły ściskając miecz w ręce. Łysy koleś odwrócił się w jej stronę i spojrzał na nią niezbyt rozumiejącym wzrokiem.
- Hm? - mruknął.
- Zawsze w ten sposób zabierasz ludziom robotę? - wydzierała się dalej Freya. - Już prawie go miałam!
- Zawsze jesteś taka miła dla nieznajomych? - odpowiedział mężczyzna tonem wskazującym na to, że jakoś średnio go całe zajście interesuje.
Freya aż się zapowietrzyła ze złości. Czuła napływającą do twarzy krew, ale gdy tylko otworzyła usta, by mu odpyskować, on odwrócił się i odszedł, nie zwracając uwagi na jej krzyki i groźby.
Resztę dnia spędziła w barze, zapijając smutki, a kilka kolejnych na szukaniu czegoś do zabicia. Tym sposobem zostało jej niewiele pieniędzy, więc miała nadzieję, że wkrótce znajdzie się jakiś potwór, którego nie sprzątnie jej sprzed czubka miecza łysy koleś w pelerynie.
Była już śpiąca i zmęczona życiem. Ledwo trzymała się na nogach, a wypity alkohol odbierał jej zdolności widzenia. Nic więc dziwnego, że wpadła na kogoś, kiedy wracała do wynajmowanego mieszkania.
Siła uderzeniowa nie była duża, a zaskakująca, zwłaszcza dla ledwo żywej dziewczyny. Zderzyła się czołem z czymś, czego nie widziała, a co wydało metaliczny szczęk, jak przy pacnięciu blachy ręką. Pod wpływem zaskoczenia upadła na chodnik.
- Ałć - mruknęła.
- Ojej. - Usłyszała nad sobą łagodny męski głos, z czego wywnioskowała, że najprawdopodobniej zderzyła się z chłopakiem w zbroi.
- Uważaj, jak łazisz - warknęła, sfrustrowana przeciwnościami losu, jakie ją ostatnio spotkały i wsparła się na swojej katanie, by wstać.
- Najmocniej przepraszam - powiedział chłopak znajomym głosem. Gdzieś już słyszała ten łagodny, pokorny ton, lecz nie mogła sobie przypomnieć, gdzie ani do kogo mógł należeć.
Spojrzała w górę i zobaczyła ciemny zarys barczystej męskiej sylwetki na tle światła latarni, a po chwili do jej uszu dotarło skrzypnięcie zbroi i przed jej twarzą zjawiła się przyjaźnie wyciągnięta na pomoc dłoń. Freya złapała ją, bo nie była pewna swoich sił w stanie, w jakim się teraz znajdowała, i od razu po zetknięciu z zimną stalą jego rękawicy poczuła pod palcami mrowienie, jakby ciało mężczyzny skrywało niesamowitą moc. Odpędziła od siebie tę nonsensowną myśl, tłumacząc to sobie złudzemiem spowodowanym zmęczeniem. Możliwe, że całe jej ciało mrowiło, a tę moc tylko sobie wyobraziła.
Chłopak pomógł jej podnieść się do stabilnej pozycji. Freya rzuciła na niego okiem, ale na tle latarni ulicznej widziała jedynie niewyraźny zarys jego nosa oraz ust. Zauważyła błysk w jego oczach. Chyba na nią spojrzał, ale nie obchodziło ją to. Chciała teraz tylko wrócić do domu i położyć się spać, aby jutro od samego rana szukać w okolicy jakiegoś zarobku.
Minęła go i chciała odejść, ale chłopak nagle złapał ją za ramię.
- Zaczekaj - powiedział niepewnym głosem.
Freyę zirytowało to, że nieznajomy w ogóle śmie ją zatrzymywać. Gwałtownie odwróciła się w jego stronę, by dosadnie oznajmić mu, co o nim myśli, zgrzytając przy tym zębami ze złości. On także się odwrócił. Światło latarni padało teraz na jego twarz.
- Czego chce... - zaczęła Freya, lecz nagle, gdy spojrzała na oświetlone oblicze chłopaka, jej oczy rozszerzyły się z przerażenia.
Miała przed sobą młodego mężczyznę, młodszego od niej, a jednak przewyższającego ją o głowę. Jego skóra była jasna, policzki zapadnięte, a nos prosty. Żółte mechaniczne oczy o czarnych białkach patrzyły na nią uważnie zza jasnych kosmyków blond grzywki i nie zdradzały żadnych konkretnych emocji. Jedynie lekko rozchylone usta chłopaka nadawały mu zdziwiony wyraz twarzy. Młodzieniec był cyborgiem, o czym świadczyły żelazne ręce i pierś, które wcześniej wzięła za zbroję. Jednak był cyborgiem o twarzy swojego zmarłego przed laty brata.
Przetarła ze zdumienia oczy, które po chwili otworzyła szeroko, przyglądając się młodemu mężczyźnie z mieszanką przerażenia i zaskoczenia na twarzy. On także mierzył ją wzrokiem.
Nie wiedziała, kim właściwie był ten cyborg, jednak strach kazał jej się cofnąć o krok, a potem o jeszcze jeden.
- G-Genos... - wycharczała. Nie wymawiała tego imienia od czterech lat, przez co prawie zapomniała, jak brzmiało. Nie była nawet pewna, czy wymówiła je poprawnie.
- Freya! - odpowiedział chłopak. Z każdą kolejną głoską w wypowiedzianym przez niego imieniu słychać było coraz większą nadzieję.
Freya nie odpowiedziała, tylko nadal wpartywała się w niego z otwartymi szeroko oczami. Po kilku długich sekundach jednak pokonała dzielącą ich odległość. Zbliżyła się do cyborga i uniosła powoli dłoń ku jego twarzy. Dotknęła palcami jego skóry, chcąc sprawdzić, czy to na pewno on i czy naprawdę stoi tuż przed nią.
Jego twarz była tak ludzko ciepła, zupełnie jak dawniej. Freya zapomniała o zmęczeniu w mgnieniu oka. Po jej policzkach popłynęły zły. Spojrzała na chłopaka z radością i troską.
- Ty żyjesz - wyszeptała.
- Żyję. Ty też żyjesz. Byłem pewny, że zginęłaś. Widziałam, jak umieraliście, ty, mama i tata... Jak to jest możliwe?
Zamiast odpowiedzieć, Freya przywarła do niego, obejmując go. Położyła głowę na jego żelaznej klatce piersiowej i rozpłakała się. Genos wzamian otoczył ją mechanicznymi ramionami, pozwalając siostrze wypłakać się za te cztery lata spędzone w przekonaniu, że jest całkiem sama.
- Widziałam cię wtedy w ruinach... Wołałam cię, ale nie odpowiadałeś... Boże, Genos... - mówiła przez łzy, przywołując wspomnienia z tamtego dnia, kiedy jej dom z niewiadomych przyczyn został zniszczony, a celem była cała rodzina Frei. Dziewczyna do dziś miała koszmary z nimi związane, przez co nieraz budziła się w nocy z krzykiem. Pamiętała panikę, jaka ją wtedy ogarnęła, spokojny głos ojca kierujący nimi i mówiący, że wszystko będzie dobrze, krew na podłodze oraz ciała rodziców, które musiała wygrzebać spod resztek dachu i ścian, a potem złożyć do wykopanego przez siebie dołka w ogródku jej matki. Teraz niemal fizycznie czuła tamten krzyk wydzierający się z jej piersi i ogarniający ją całą.
- Musiałem stracić przytomność... Pamiętam, że wokół było tyle krwi... Twojej, rodziców... Czy oni... - Chłopak spojrzał na wyprostowaną już Freyę z nadzieją, ale ona pokręciła przecząco głową.
- Nie żyją. Sama ich pochowałam, gdy tylko zdołałam się wydostać spod pozostałości naszego domu. Szukałam też ciebie, ale nie znalazłam. Byłam pewna, że gdzieś tam jesteś...
Freya zauważyła zbierające się w oczach brata łzy. Genos nigdy nie płakał. Widziała go w takim stanie pierwszy raz od bardzo dawna, nie licząc nawet tych czterech lat rozłąki, co zdziwiło ją szczególnie teraz, gdy nie był już człowiekiem w stu procentach. Dotychczas była pewna, że cyborgi mają problem z odczuwaniem emocji, ale najwyraźniej myliła się.
- Ty płaczesz - zauważyła. Genos odwrócił wzrok, zakłopotany jej uwagą i przetarł oczy.
- I kto to mówi - wymamrotał, zerkając na zasychające na policzkach Frei łzy.
Dziewczyna zaśmiała się i również przetarła twarz, jednocześnie ziewając, przez co Genos zauważył zmęczenie w jej oczach.
- Co tu robisz tak późno? - zapytał.
- Wracałam do domu i... W ogóle miałam ciężki dzień. Ostatnio miewam same ciężkie dni. Przywędrowałam do miasta Z za zarobkiem, a gdy już mi się coś znalazło, jakiś szmaciarz sprzątnął mi to sprzed nosa. Powinnam iść już spać, bo ledwo stoję na nogach, ale, Boże, nie chcę, żebyś znowu gdzieś zniknął. Musimy się jutro spotkać.
- Oczywiście. O której tylko chcesz.
- Nie wiem... Jak tylko wrócę do domu, bo muszę iść i dalej szukać jakiejś roboty. - Freya przejechała dłonią po twarzy. - Po południu?
- Mi pasuje. Wiesz, może odprowadzę cię do domu? Nie wyglądasz najlepiej i... - zaproponował Genos ze zmartwionym wyrazem twarzy.
- Dzięki - mruknęła Freya, udając obrażoną i poprawiając jasne włosy.
- Chodziło mi o to, że... - zaczął Genos, ale przerwała mu.
- Daj spokój. Jestem świadoma tego, że wyglądam jak pół dupy zza krzaka. Ale to bardzo miłe z twojej strony, że chcesz mnie odprowadzić.
Ruszyli w stronę dzielnicy Arahima, gdzie Freya wynajmowała tanie, ciasne mieszkanie. Było to prawdopodobnie jedyne lokum w całym mieście Z, na jakie było ją stać, jeśli nie liczyć miejscówki pod mostem lub w kartonowym pudle na śmietniku, ale wystarczało na nią samą i jej niewielkie potrzeby. I tak zazwyczaj jadła śmieciowe jedzenie na mieście, o ile w ogóle było ją na nie stać. Potrzebowała jedynie ciepłej wody, żeby się umyć.
- Właściwie to jakiej pracy szukasz? - zapytał Genos po chwili milczenia, pozwalając Frei wesprzeć się na jego ramieniu. Dziewczyna była mu za to wdzięczna, choć tego nie okazywała. Dotyk zimnej stali jego ręki działał na nią kojąco i orzeźwiająco.
Wskazała na jedną katanę w pochwie przy swoim pasku i drugą niesioną na ramieniu.
- Zabijam potwory. A przynajmniej próbuję, dopóki jakiś pajac nie wejdzie mi w drogę. - Freya zgrzytnęła zębami na myśl o tym łysym dupku sprzed kilku dni.
- Jak bohater? - zapytał Genos, spoglądając na nią.
- Bohater? - Dziewczyna zamyśliła się na chwilę. - Nigdy nie myślałam o tym w ten sposób, ale można tak powiedzieć. Może trochę jestem jak taki podrzędny bohater, który nie dba o dobro innych, a działa tylko dla własnej wygody.
Genos zdawał się nie słyszeć ostatniego zdania. Wyglądało na to, że puścił je mimo uszu, a Freya nie wiedziała, dlaczego.
- Powinienem przedstawić ci mojego mistrza - oznajmił nagle.
- Masz mistrza? To znaczy, że on cię szkoli, tak?
- Dokładnie. - Pokiwał głową. - Naprawdę powinnaś go poznać. Jesteście do siebie podobni.
- Doprawdy? - Freya zamyśliła się, spoglądając w ciemne niebo. - Może miło byłoby tu kogoś poznać? Nie znam nikogo z tego miasta.
- Najwyższy czas.
Resztę drogi przeszli w milczeniu, choć mieli sobie jeszcze tak wiele do opowiedzenia. Freya nie zapytała nawet, jak został cyborgiem. Strasznie ją to ciekawiło, ale wiedziała, że w stanie, w jakim się teraz znajduje i tak za chwilę wszystkiego zapomni.
Wkrótce z cienia wyłoniła się szara konstrukcja bloku, w którym mieszkała. Do drzwi nie docierało światło z ulicy, co stanowiło obszar swobodnego ruchu dla kotów i innych nocnych stworzeń.
- To tutaj - powiedziała, zatrzymując się. - Jeszcze raz dziękuję za odprowadzenie.
- Nie ma sprawy. - Genos uśmiechnął się lekko, spoglądając na nią z góry. - Widzimy się jutro po południu.
- Do jutra.
- Przyjdę po ciebie.
- Tylko nie zapomnij.
Chłopak zaśmiał się.
- Obiecuję. Dobranoc.
Pomachał jej i zaczął się oddalać. Freya jeszcze przez kilka sekund patrzyła na jego sztywny, mechaniczny krok, a potem weszła do budynku.
Brak komentarzy :
Prześlij komentarz