poniedziałek, 18 lutego 2019

Część 4. Respekt i uznanie

Freya obudziła się ekstremalnie późno - kwadrans po południu. Sama się sobie dziwiła, nawet jeśli poszła spać długo po północy. Dopiero teraz zaczęły do niej docierać niektóre fakty wczorajszego wieczoru, o których nie miała siły myśleć, gdy wracała do domu.
Kim, do cholery, był ten chłopak i dlaczego powiedział jej o ludożercy w Hagashimie?
Żadna sensowna odpowiedź nie przychodziła jej do głowy. Dobrze by było, gdyby udało jej się go jeszcze raz spotkać. Mogłaby po prostu zapytać.
Szczerze mówiąc jakoś nie widziała siebie rozmawiającej z tym chłopakiem, zwłaszcza że ona sama musiałaby tę rozmowę rozpocząć. Miała świadomość tego, że jej umiejętności prowadzenia luźnej konwersacji z kimkolwiek były tragiczne. Potrafiła dogadać się jedynie z Genosem, ale tylko dzięki jego wrodzonej wady, jaką było nawijanie o wszystkim. I tak nie popisał się zbytnio podczas jej wizyty u Saitamy, co z resztą nadal miała mu za złe.
Wyczołgała się z łóżka dopiero po kilkunastu minutach po obudzeniu się. Szybko wypiła poranną (a raczej popołudniową) herbatę, ubrała się i wyszła do miasta, bo jej żołądek domagał się czegoś do jedzenia.
Mimo wszystko chciała spotkać go jeszcze raz. Nie kryła tego przed samą sobą, nawet jeśli nie wiedziała, jakie intencje mógł mieć wobec niej.
Kiedy wychodziła z mieszkania, coś przykuło jej uwagę - zaschnięte krople krwi na podłodze. Miała niemal stuprocentową pewność, że to krew, tak samo jak była pewna, że to ten chłopak krzyczał wczoraj w lesie. Wszystko ułożyło się w sensowną całość. Golem mógł go zaatakować i zranić, a więc chłopak krzyknął. W miejscu, gdzie stał, została jego krew z rany, której nie opatrzył, dopóki nie zobaczył się z nią po raz drugi. W tej sytuacji wydawało jej się to wyjątkowo bezsensowne i nieodpowiedzialne. Rana musiała być poważna, skoro krew już nie wsiąkała w ubranie, tylko kapała na ziemię. Miała nadzieję, że nic mu nie będzie, w imię czystego sumienia oczywiście.
Z nadzieją na spotkanie szarookiego chłopaka w masce, wyszła z bloku i skierowała się do najbliższej knajpy z ramen. Choć wiedziała, że prawdopodobieństwo trafienia na niego na ulicy było niewielkie, gdzieś w głębi jej umysłu czaiła się myśl, że może jednak gdzieś na niego wpadnie.
***
Kiedy po zjedzonej misce ramen zadowolona i z pełnym żołądkiem wracała do domu, zastanawiała się, co będzie dzisiaj robić. Pogoda zapowiadała się całkiem dobrze, niebo było bezchmurne, a delikatny wiatr przyjemnie smagał skórę. Może powinna odwiedzić brata albo wyciągnąć go na spacer po mieście? Z pewnością ma swoje sprawy, ale może znajdzie chwilkę, aby spędzić czas ze swoją siostrą, której nie widział od czterech lat? Tak, zdecydowanie powinna do niego wpaść, tylko...
Jaki to był adres?
Przeklinając w myślach swój brak orientacji w terenie odtworzyła wczorajszą trasę spod swojego domu. Wydawało jej się, że przeszła pół miasta, bo kilka razy spostrzegła, że zupełnie nie pamięta okolicy, dlatego musiała zawrócić, ale w końcu znalazła właściwą ulicę, a potem właściwy blok. Jak na złość w pobliżu nie było nikogo, kogo mogłaby zapytać, czy wie, gdzie mieszka jej brat i jego mistrz, więc pukała do wszystkich drzwi po kolei. Pierwsze otworzyła jej jakaś staruszka, drugie mała dziewczynka nieodpowiedzialnie pozostawiona w domu bez opieki, której Freya poleciła na przyszłość nie otwierać drzwi nieznajomym. Trzecie mieszkanie było puste, a czwarte zamieszkiwał łysy mężczyzna o niezbyt inteligentnym spojrzeniu.
- Dzień dobry. - Skłoniła się lekko. - Czy jest Genos w domu?
- Jest - odpowiedział Saitama i otworzył szerzej drzwi, wpuszczając Freyę do środka. Sprawiał wrażenie, jakby całkowicie zapomniał o jej zachowaniu kilka dni wcześniej, co trochę ją peszyło. Oczywiście nie chciała, żeby się na nią gniewał, bo szczerze było jej głupio, ale jego zdolność zapominania o nieprzyjemnościach była zadziwiająca. - Genos, masz gościa!
Cyborg zjawił się w przedpokoju z mieszaniną zaskoczenia i radości na twarzy. Widać było, że nie spodziewał się jej wizyty, zwłaszcza że miał na sobie jasnoróżowy fartuszek obszyty falbanką, poznaczony gdzieniegdzie mokrymi plamkami. Najwyraźniej Freya oderwała go od zmywania naczyń.
- Cześć. Nie przeszkadzam ci? - zapytała, z rozbawieniem w oczach omiatając wzrokiem różowe wdzianko brata, ładnie kontrastujące z mechanicznymi ramionami.
- Chcesz gdzieś wyjść? - odpowiedział z zażenowaniem na twarzy. - Za chwilę będę wolny.
- Okej, poczekam. - Freya walczyła ze sobą, aby się nie roześmiać i nie rzucić jakiegoś złośliwego komentarza, co w przeszłości często jej się zdarzało i było powodem wielu kłótni z bratem.
Powędrowała za nim do kuchni i obserwowała, jak dokładnie myje naczynia. Ciekawe kiedy stał się tak pracowity i pokorny, pomyślała. Był przeciwieństwem jej - leniwej, w swoim mniemaniu mającej zawsze rację złośliwej indywidualistki, która zazwyczaj była mocna tylko w gębie. Przypomniała sobie wczorajszą sytuację w lesie, gdy ogarnęła ją wściekłość po tym, jak golem padł martwy na ziemię, ale nagle zapomniała wszystkich słów, gdy stanęła twarzą w twarz z szarookim chłopakiem. To właściwie nie świadczyło o tym, że jest mocna w gębie, tylko że jej się tak wydaje.
Oparła się o blat i zamyśliła na moment. Z owego zamyślenia wytrącił ją pacnięciem w ramię Genos, który skończył już pracę i zaczął coś do niej mówić. Spojrzała na niego z wyrzutem, rozmasowując obolałe miejsce, gdzie kwitł już siniak.
- Mógłbyś być bardziej delikatny - mruknęła, choć wiedziała, że nie mogła go za to winić. Został zmieniony w cyborga do walki, a nie do głaskania.
- Przepraszam - powiedział z głęboką szczerością w oczach - ale mogłabyś słuchać, co do ciebie mówię.
Nie wyglądał na zdenerwowanego, ale mimo to postanowiła być bardziej uważna.
- Wybacz. Ostatnio często nie mogę się skupić.
- Ostatnio? - Genos uniósł brwi.
- W sumie to od wczoraj. Wszystko ci opowiem.
Wyszli z mieszkania. Od razu, gdy stanęli na chodniku, owiał ich przyjemny chłodny wietrzyk, będący ulgą podczas dzisiejszego upału.
- Gdzie chciałabyś iść? - zapytał Genos, rozglądając się.
- Nie wiem. Myślałam raczej o zwykłym spacerze.
- Dobra pogoda na spacer - zauważył chłopak.
- Mhm - mruknęła Freya w odpowiedzi, po czym ruszyli w stronę centrum.
W mieście było dosyć tłoczno. Ludzie korzystali z ładnego dnia. Zewsząd dochodziły ich rozmowy i śmiechy, a także szum wiatru i śpiew ptaków.
- O czymś miałaś mi opowiedzieć - odezwał się w końcu Genos, gdy znów zamyślona Freya o mało nie wpadła na kobietę prowadząca za rękę małego chłopca. - Jesteś rozkojarzona.
Spojrzała na niego jakby wyrwana z transu.
- A, no tak... Ciągle mam w głowie chłopaka, którego spotkałam wczoraj w lesie. - Skrzywiła się nieznacznie na myśl o tym, jak beznadziejnie wypadła przy nieznajomym. Ciekawe, co on sobie pomyślał. Na pewno nic pozytywnego...
Genos wyglądał na zainteresowanego, więc Freya kontynuowała.
- Walczył z golemem, ale był tak szybki, że prawie go nie dostrzegałam... Usłyszałam w lesie krzyk, więc tam poszłam...
- Za pieniędzmi - wtrącił Genos, na co Freya spojrzała na niego z wyrzutem.
- No i co z tego? Naprawdę byłam gotowa pomóc, więc co w tym złego?
- Nic, nic. - Genos wzruszył ramionami. - Mów dalej.
- Golem był dosyć duży. Wyglądał, jakby się przed kimś bronił, ale nie było widać, przed kim. Zdziwiło mnie to. I nagle, kiedy już miałam go zaatakować, padł na ziemię i się rozsypał, a chwilę potem zobaczyłam chłopak w masce. Nie wiem, kim był, ale nie zdążyłam nawet zapytać, bo zniknął. Szkoda. Chciałam z nim porozmawiać.
- Akurat - powiedział znowu Genos. - Nie miałabyś tyle odwagi, żeby się odezwać do nieznajomego.
Freya spojrzała na niego z nienawiścią w oczach. Cyborg trafił w jej słaby punkt. Doskonale wiedziała, że miała problem z kontaktami międzyludzkimi, bo gdzie i kiedy miała się ich nauczyć, skoro przez ostatnie cztery lata była zdana sama na siebie? Najnormalniej w świecie nie miała do kogo się odezwać, a z resztą nie widziała takiej potrzeby. Rozmowa równała się zdradzaniu niektórych faktów o sobie, czego dziewczyna chciała uniknąć. Im mniej osób znało jej przeszłość i słabe strony, tym lepiej.
- Zamknij się! - warknęła, po czym dodała już spokojniej: - Dobrze, że ty zawsze jesteś taki wygadany, zwłaszcza kiedy na pół godziny zapada niezręczna cisza i wszyscy w napięciu obserwują, jak Saitama rozgniata w palcach muchę.
Chłopak zaśmiał się.
- Widziałem wtedy twoją minę.
- No, ja twoją też. Kto by pomyślał, że teraz jesteś taki radosny.
Genos nie odpowiedział, nie mając na to najwyraźniej wystarczająco dużo odwagi, ale i tak obserwował ją śmiejącymi się oczami. Dziewczyna parsknęła pogardliwie i odwróciła wzrok, zastanawiając się, jakim cudem ktoś, kto został "stworzony" do walki z potworami i innym złem tego świata, boi się odpyskować własnej siostrze, co nie zmieniało faktu, że jej to schlebiało i była zadowolona, że wypracowała sobie respekt u brata. Szkoda, że tylko u brata, ale nad resztą pracowała.
Przez chwilę szli w milczeniu, Freya z naburmuszoną miną, obserwując wesołego brata kątem oka. Nie wątpiła, że to zauważył, ale nie dała po sobie niczego poznać, nie chcąc wywoływać kolejnej dyskusji o niczym. Zdecydowanie nie to miało być tematem ich dzisiejszego spotkania. Jednak zamiast kontynuować swoją opowieść, milczała, chcąc zmusić Genosa do przypomnienia jej tego. Wiedziała, że ciekawi go opowiadana przez nią historia, ale miała w planach sprawdzić, jak długo wytrzyma.
W końcu, po zaledwie kilkunastu sekundach, poczuła szturchnięcie w ramię.
- Może skończysz opowieść - zasugerował młody cyborg.
- A co, męczy cię cisza? - zapytała sarkastycznie, po czym westchnęła zamyślona. - Nie wiem, czy powinnam ci mówić wszystko.
- Masz coś do ukrycia?
- Nie. Ale nie chcę ryzykować, że będziesz się ze mnie śmiał do końca życia.
Na myśli miała naturalnie incydent z psią kupą, o którym jej brat nie powinien się dowiedzieć, o ile wolała uniknąć złośliwych komentarzy w przyszłości. Genos miał to do siebie, że lubił się z niej nabijać, nawet jeśli nie miał na celu sprawienia jej przykrości. Po prostu żartował, o czym Freya doskonale wiedziała i nigdy nie była mu dłużna. Mimo wszystko jednak niektóre jego drwiny były denerwujące i zdecydowanie nie powinien ich nigdy mówić, jeśli życie mu miłe.
Chłopak parsknął.
- No dobrze. Ocenzuruj to tak, żeby brzmiało jak poważna historia.
- Wróciłam do domu, a wtedy on przyszedł i powiedział, że najwyraźniej zabił potwora, na którego polowałam, wiec teraz mogę iść do Hagashimy, bo grasuje tam ludożerca - wyrzuciła z siebie dziewczyna jednym tchem, po czym zerknęła na brata, chcąc zbadać jego reakcję.
Genos wyglądał na jeszcze bardziej zainteresowanego.
- Skąd wiedział, gdzie mieszkasz? - zapytał.
- Nie wiem. Trochę to straszne. - Dziewczyna wzdrygnęła się i rozejrzała.
- Może to ktoś, kogo znasz?
- Na pewno nie. Czuję się tutaj jak ktoś obcy. Znam tylko ciebie, Saitamę i barmana z knajpy z ramen w Arahimie. Cały tłum ludzi, nieprawdaż?
- Więc zapewne to ktoś, kto zna ciebie.
- Logiczne.
- Powinnaś uważać.
- Wiem. - Freya westchnęła. - To było dziwne.
Genos w odpowiedzi mruknął coś niezrozumiałego, po czym zapadła cisza. Dziewczyna ominęła wzmiankę o nieprzyjemnej sytuacji, jak tylko mogła, pozwalając bratu myśleć, że nie wie, skąd tajemniczy chłopak znał drogę do jej domu. Ta informacja i tak nie była mu do niczego potrzebna, z resztą jej też nie; nikomu nie wadziła, a tamten zamaskowany człowiek mógł po prostu źle się czuć z myślą, że odebrał jej pracę, dlatego chciał oddać to, co zabrał. Mimo to w głębi serca Freya miała nadzieję, że kryje się za tą historią coś więcej i będzie jeszcze miała okazję, żeby go spotkać. Miał bardzo ładne oczy... Z resztą nieważne.
Szli w milczeniu jeszcze przez dobre kilkanaście minut, obserwując witryny sklepów, klomby kwiatów w kamiennych donicach przy wejściach do nich oraz mijających ich ludzi. Wszystko wokół wyglądało niesamowicie beztrosko. Frei podobała się ta beztroska. Sama chciałaby kiedyś poczuć taki spokój, nie musieć martwić się o kolejny dzień. Wiedziała, że musi wziąć się w garść i dać z siebie wszystko, żeby pewnego dnia dostrzec zmianę.
- Chyba powinniśmy wracać - zauważył Genos, patrząc na horyzont, gdzie niebo przybierało już wieczorny, pomarańczowy odcień.
- Chyba tak - przyznała Freya, nieco zdezorientowana i wyrwana z objęć własnych myśli.
Zawrócili, kierując się w stronę domu dziewczyny.
- Będziesz miała jutro czas? - zapytał chłopak po kolejnej chwili milczenia.
- Zależy, co przez to rozumiesz - odparła jego siostra, przybierając minę mędrca. Walczyła ze sobą, żeby się nie roześmiać, widząc kątem oka minę brata.
- A co można rozumieć pod tym hasłem? - zdziwił się cyborg.
- Czas jest pojęciem względnym - powiedziała Freya i roześmiała się, gdy zobaczyła, jak chłopak marszczy brwi, zastanawiając się nad sensem jej słów.
- Z czego się śmiejesz? - zapytał chłopak.
- Z ciebie.
- Co zrobiłem?
- Nic, nic. - Freya poklepała brata po ramieniu. - Po prostu miałeś śmieszną minę. Nie spodziewałeś się ode mnie takich tekstów, co?
- Po tobie się wszystkiego można spodziewać - mruknął Genos. Zabrzmiał, jakby się na nią obraził, ale wiedziała, że tak nie jest i że tylko się droczy.
- Ach tak? Ciekawe skąd to wiesz? - spytała zadziornie.
- Jesteś moją siostrą. Znam cię.
- Przez te cztery lata z pewnością przywykłeś do moich nastrojów. - Dziewczyna zaśmiała się złośliwie.
- Nie o tym mówię.
- A o czym?
- O tym, że znam twój charakter jak nikt inny na tym świecie. A charakter to nie jest coś, co można łatwo zmienić - powiedział z wyrazem twarzy zdradzającym głębokie zastanowienie. - A z pewnością nie twój - dodał po chwili.
- Oo - mruknęła Freya. - Jeśli to miała być obelga, to ci się nie udała.
- Nie miała być. Sądzę, że nie zmieniłaś się za bardzo przez te cztery lata. - Genos był bardzo cierpliwy. Gdyby nie jej komentarze, pewnie już dawno powiedziałby, co ma na myśli, jednak fajnie było przypomnieć sobie dawne czasy i się z nim podroczyć.
- Aha? Czyli nadal widzisz mnie jako biedną, słabą Freyę? To bardzo miłe z twojej strony, wiesz? - W głosie dziewczyny słychać było urazę. - Ale to było dawno temu. Już nikt nie będzie wymawiał mojego imienia z troską, rozczulając się nade mną jak nad małym dzieckiem. Teraz nadszedł czas, aby ludzie mówili: "Patrz, to Freya!", a w ich głosie słychać będzie jedynie szacunek!
Genos roześmiał się, na co ona zjeżyła się i spojrzała na niego z wyrzutem.
- Z czego się cieszysz? Co w tym takiego śmiesznego? - zapytała ze złością.
- Tego się faktycznie nie spodziewałem - przyznał chłopak. - Kto by pomyślał, że tak zależy ci na szacunku od innych?
- Dobrze czasem poczuć respekt... - burknęła Freya, przypominając sobie pierwszy raz, kiedy takie uznanie otrzymała.
Było to w mieście B, jeszcze na początku swojej podróży. Była wtedy znacznie mniej doświadczona w walce niż teraz i posługiwała się tylko jedną kataną, niedawno zdobytą za bezcen od przemytnika. Mimo to narzędzie było cholernie ostre, o czym Freya przekonała się bardzo dotkliwie na własnej dłoni, którą przez kolejny miesiąc nosiła ciasno zabandażowaną. Szła akurat przez jedną z najniebezpieczniejszych ulic w mieście, kiedy dostrzegła mężczyznę szarpiącego jakąś staruszkę. Groził jej nożem i żądał pieniędzy. Wyglądał na groźnego, dlatego nikt nie odważył się do niego zbliżyć i go powstrzymać. Dziewczyna przez chwilę przyglądała się zajściu i, podobnie jak inni, wcale nie miała ochoty w nim uczestniczyć i robić sobie kłopotów, ale dopiero gdy dostrzegła łzy w oczach staruszki i usłyszała jej błaganie, żeby ją oszczędził, Freya wystąpiła z tłumu gapiów, wyciągając z pochwy katanę.
- Hej! - zawołała do mężczyzny. Ten odwrócił się, zaskoczony że ktoś w ogóle śmie się do niego odzywać. Porwał portfel staruszki i wepchnął go sobie do kieszeni.
- Złaź mi z drogi, smarkulo - warknął do niej, celując w jej stronę nożem, co rozbawiło dziewczynę, ale nie dała tego po sobie poznać. Spojrzała na niego najgroźniej, jak tylko potrafiła, chcąc go przestraszyć, ale najwyraźniej nie zrobiło to na nim większego wrażenia.
- Oddaj pieniądze tej pani - powiedziała chłodno.
- Bo? - zaśmiał się mężczyzna.
- Czep się silniejszych od siebie.
Napastnik roześmiał się głośniej, rozglądając dookoła.
- Chyba nikogo takiego nie widzę.
W odpowiedzi Freya spojrzała mu wyzywająco w oczy, celując w niego kataną. Typ popatrzył na nią z politowaniem.
- Uważaj, bo się skaleczysz, dzieciaku. Umiesz tego używać? - parsknął, wskazując jej miecz. Nazwał ją dzieckiem, co zdenerwowało dziewczynę. Może i siedemnaście lat to niewiele, ale on z pewnością nie docenił jej umiejętności, które jeszcze wtedy nie powalały na kolana, a mimo to zaczynała już zabijać mniejsze potwory.
- Zobaczymy - powiedziała, starając się go sprowokować. No dalej, zaatakuj mnie, pomyślała.
- Złaź mi z drogi, albo skończysz z pociętą buźką - warknął, ale ona nie poruszyła się, więc poszarżował na nią z nożem. Odsunęła się, gdy napastnik do niej dobiegł, a potem cięła go płytko z boku, prosto w nadgarstek. Mężczyzna wrzasnął, krew trysnęła, a nóż spadł na ziemię. Freya kopnęła go, a gdy znalazł się poza jego zasięgiem, uniosła katanę do jego szyi. Typ chciał się cofnąć, ale potknął się i upadł. Dziewczyna wyciągnęła z jego kieszeni portfel staruszki i podeszła do niej, by jej go oddać, sprzedając facetowi przy okazji mocnego kopniaka w żebra. Usłyszała jak przeklina, ale nie zwróciła na niego uwagi, tylko od razu podeszła do staruszki i oddała jej pieniądze. Kobieta dziękowała jej ze łzami w oczach i zaproponowała niewielką zapłatę za pomoc. To był pierwszy i ostatni raz, kiedy Freya nie przyjęła pieniędzy. Odeszła, po drodze podnosząc nóż napastnika i wyrzucając go na pobliski śmietnik. Opuściła miasto B następnego dnia i nigdy tam nie wróciła. Mimo to nadal pamiętała wzrok ludzi, kiedy wychodziła na spotkanie z tym mężczyzną i to, jak bardzo się ich spojrzenia zmieniły, gdy tak łatwo sobie z nim poradziła.
Lubiła myśleć, że droga samotnego wojownika nie prowadziła po raz kolejny przez to miejsce, pomimo że w rzeczywistości po prostu było jej tam nie po drodze i nie miała po co tam iść. Uważanie siebie za weterana sprawiało jej przyjemność, pomimo że daleko jej było do tego tytułu.
- Więc? - zapytał Genos. - Masz jutro czas?
- Jak już mówiłam... - zaczęła.
- No dobrze - przerwał jej. - Jakie masz na jutro plany?
- Plany... - Freya zamyśliła się, choć odpowiedź na to pytanie była prosta i oczywista. - Plątać się po mieście i szukać pieniędzy. Ale jeśli chcesz się spotkać, mogę je trochę zmienić.
- Tak... Myślałem, że może jutro do ciebie wpadnę.
- Nie ma po co. Mój dom nie jest zbyt ciekawy. Lepiej będzie wyjść znów na miasto.
- Zbiera się na deszcz. Jutro będzie kiepska pogoda. - Genos spojrzał w niebo, a jego żółte oczy rozbłysły dziwnie. - Będzie padać cały dzień.
Freya westchnęła.
- Skoro się upierasz, to przyjdź. Po południu?
- Może być po południu. Bądź w domu. Nie mam zamiaru szukać cię po całym mieście.
- Mhm.
Spojrzała na pomarańczowe niebo, na którym nie było widać ani jednej chmurki. Jak Genos wyczuł jutrzejszą pogodę? Zmarszczyła brwi, zastanawiając się nad umiejętnościami cyborgów.
Chłopak najwyraźniej zauważył jej zamyśloną minę, bo uśmiechnął się i powiedział:
- Oglądałem prognozę dziś rano.
Freya podniosła wzrok i popatrzyła na niego zdezorientowana, co wywołało u niego śmiech.
- Żebyś tylko widziała swoją minę! - zawołał radośnie, na co Freya zareagowała zirytowanym spojrzeniem. Szturchnęła go ostrzegawczo w ramię.
- Domyśliłam się - powiedziała, starając się nie wyglądać głupio, choć, jak jej się wydawało, za bardzo jej to nie wychodziło.
- Oczywiście, że tak - droczył się z nią Genos.
- Tak - zapewniła go.
Kiedy dotarli do bloku Frei, w uliczce było już całkiem ciemno, mimo że słońce jeszcze nie zaszło. Latarnia migotała nerwowo, jakby chcąc przekazać im wiadomość niecierpiącą zwłoki. Dziewczyna nie zwróciła na to uwagi, bo była przyzwyczajona do jej kapryśnych zachowań, jednak Genos zawiesił na niej wzrok nieco dłużej. Dopiero dzikie warczenie walczących kotów w przeciwnej uliczce przywróciło go do rzeczywistości.
- Niezbyt przyjazna okolica - skomentował, rozglądając się wokoło. Nie wyglądał mimo to na zdenerwowanego.
Dziewczyna roześmiała się.
- Za tą cenę? Płacę najniższy czynsz w całym mieście. Nie śmiałabym oczekiwać niczego lepszego.
Genos również się zaśmiał.
- No to widzimy się jutro - powiedział, rozkładając ramiona. Freya przytuliła go.
- Po południu - przypomniała mu.
- Nie zapomnę - obiecał, po czym pomachał jej po raz ostatni i odwrócił się.
Dziewczyna weszła do mieszkania i od razu skierowała się pod prysznic. Nie marzyła o niczym innym niż o pójściu spać, pomimo że wstała dziś bardzo późno.
Wychodząc z łazienki od razu powędrowała do swojego pokoju i położyła się na łóżku, nie zapominając o położeniu swoich katan na podłodze obok. Choć przed spaniem wyjrzała przez okno po raz ostatni tego dnia, nie dostrzegła niczego dziwnego, nawet cienia na drzewie naprzeciw budynku, który zniknął równie szybko, jak się pojawił.

Część 3. Prędkość dźwięku

Jej droga prowadziła wzdłuż brzegu miasta Z, a więc i wzdłuż brzegu lasu, który rósł tuż za wschodnią granicą. Nie wiedziała, po co właściwie tu przyszła, skoro prawie nikt tędy nie chodził. Las zdecydowanie nie był obiektem zainteresowania ludzi, czego Freya nie rozumiała, bo w swoim dawnym życiu natura była jej szczególnie bliska. Teraz, gdyby miała więcej czasu, pewnie bez przerwy przesiadywałaby tutaj albo przynajmniej w parku. Chęć przeżycia była jednak silniejsza od zachcianek, dlatego na pierwszym miejscu stawiała zdobycie pieniędzy oraz nadrobienie czterech lat rozłąki z Genosem.
Nagle usłyszała krzyk. Dobiegał spomiędzy drzew i miał swoje źródło niedaleko stąd. Zaraz po tym krzyku, który należał z pewnością do młodego mężczyzny, nastąpił gardłowy pomruk, a potem jakiś hałas, którego nie potrafiła do niczego porównać. Coś jej mówiło, że nie powinna się tam zapuszczać, bo to nic godnego jej czasu, jednak fakt, że ktoś tam jest i możliwe, że potrzebuje pomocy, przykuł jej uwagę. Może właśnie stała przed kolejną szansą na trochę pieniędzy? Wątpiła w to, ale nic nie szkodziło jej iść tam i sprawdzić.
Przedarłszy się przez gęste paprocie i pokrzywy, stanęła na miejscu zdarzenia. Miała przed sobą wielkiego potwora powstałego najprawdopodobniej z leśnej ściółki i kamieni. Za jego plecami tkwiła wbita w drzewo katana, całkiem podobna do jednego z jej mieczy, oraz kilka shurikenów. Po ruchach stwora widać było że się przed czymś broni, lecz nigdzie nie dostrzegła oponenta. Zmrużyła oczy. Przecież słyszała czyjś krzyk. Może ten ktoś leży nieprzytomny gdzieś w krzakach, pomyślała i zacisnęła dłonie na rękojeściach swoich mieczy, przygotowując się do skoku.
Nagle jednak wbita w drzewo katana zniknęła. Jednocześnie kamienne oko golema eksplodowało, a wokół posypało się wiele małych kamieni. Potwór padł na ziemię z głuchym uderzeniem, od którego wszystko się zastrzęsło, a Freya straciła równowagę i upadła na jedno kolano.
Usłyszała w powietrzu metaliczny dźwięk, jaki wydaje chowana do pochwy katana. Spojrzała w tamtym kierunku i zobaczyła miekko lądującego na ziemi chłopaka w masce. Był szczupły i wysoki, a ciemne włosy miał związane na karku.
Znowu to się stało, pomyślała, zgrzytając zębami. Po raz kolejny ktoś...
Nagle nieznajomy odwrócił się i spojrzał na nią szarymi oczami. Pięknymi szarymi oczami. Freya zaniemówiła. Jeszcze sekundę temu chciała podejść do niego, złapać za fraki i przypieprzyć mu w twarz. Możnaby powiedzieć, że te oczy uratowały go przed jej gniewem. Wpatrywała się w niego z otwartymi ustami, które po chwili zamknęła, gdy uświadomiła sobie, jak głupio musi wyglądać.
Chłopak patrzył na nią jeszcze przez chwilę, po czym zniknął.
Po prostu zniknął. Freya otrząsnęła się z dziwnego transu, w jakim tkwiła od kilku sekund i rozejrzała się. Nie było go nigdzie w pobliżu.
- O, bogowie - powiedziała cicho do siebie, gdy do jej głowy wrócił obraz tego spojrzenia. To nie było coś, o czym zapomina się następnego dnia. Na pewno.
Nagle przypomniała sobie o krzyku, który słyszała. Nie mógł należeć do kogoś, kto zabił potwora tak szybko. Nie widziała szarookiego w czasie walki i może to była jego taktyka. Poruszał się z taką prędkością, że ani ona, ani golem nie byli w stanie go dostrzec. To by wyjaśniało, dlaczego wbita w drzewo katana tak nagle zniknęła.
Okrzyk bólu musiał więc z siebie wydać ktoś inny - osoba zaatakowana. Freya przeszukała wszystkie krzaki wokół miejsca walki. Sprawdziła wszystko, co mogłoby zaprowadzić ją do poszkodowanego, jednak nikogo nie znalazła. Była w lesie sama.
W głowie miała mętlik i nawet nie próbowała ukrywać przed sobą, kto go spowodował. Idąc w stronę brzegu lasu odruchowo spojrzała w miejsce, gdzie stał chłopak w masce. Dostrzegła na trawie spływające po zielonych źdźbłach krople krwi. Zmrużyła oczy i zastanowiła się, skąd pochodziły. Może rzeczywiście to ten chłopak został zraniony?
Freya nie była w stanie zmusić się do efektownego myślenia. Potrząsnęła głową, próbując choć w niewielkim stopniu się skupić, a gdy to nie pomogło, ruszyła w stronę miasta.
Zapadał zmrok. Na horyzoncie powoli znikało słońce, a niebo miało kolor truskawkowych lodów. To skojarzenie przywołało Frei wspomnienia sprzed kilku lat, zanim jej życie zostało rozbite na drobne kawałeczki. Nigdy nie lubiła lodów truskawkowych, za to Genos je uwielbiał. Może uda jej się uzbierać trochę pieniędzy i wyciągnąć brata na lody w ramach rewanżu za dzisiejszy obiad.
Ulica była już pusta, lecz latarnie jeszcze się nie świeciły. Z mieszkań wzdłuż ulicy na chodnik padało słabe światło. Szła jedną z najmniej ruchliwych dróg w mieście tylko dlatego, że było najbliżej do jej domu. Nie lubiła tędy chodzić, bo w cieniu lubili czaić się różni ludzie, a wszędzie walały się śmieci i psie gówna.
Nagle poczuła silną woń odchodów i o mało nie poślizgnęła się na świeżej kupie, którą zostawił tu jakiś bezdomny kundel. Cały trampek Frei (była prawdopodobnie jedyną osobą na całym świecie, która nosiła trampki i kimono) był brudny.
- Kurwa! - krzyknęła, usiłując wytrzeć buta o chodnik, lecz na marne. Wciąż przeklinając zdjęła oba trampki i związała ich sznurówki razem. Pozbyła się także skarpetek, które wrzuciła do butów zawieszonych na końcu pochwy niesionej przed sobą katany, ciągle klnąc pod nosem.
Zła ruszyła dalej, starając się skupić i nieść brudne buty w bezpiecznej odleglości od siebie, uważając także, aby nie popełnić po raz drugi błędu sprzed chwili i nie wpaść w psią kupę bosą stopą. Zdawała sobie sprawę, że bilans moralnych strat i zysków dzisiejszego dnia wyglądał marnie i denerwował ją fakt, że już nie za bardzo ma czas, aby cokolwiek zmienić. Poznanie Saitamy należało do najbardziej stresujących sytuacji tego roku. No i jeszcze ta kupa... Zastanawiała się, czy ktoś to widział. Miała szczerą nadzieję, że nie.
W sumie nie powinna spodziewać się niczego innego, niż tego, że przeżyje kolejny dzień, który okaże się kompletnie do dupy. Wszystkie dni ostatniego czasu takie były.
W końcu dotarła do swojego bloku. Weszła do środka i zatrzymała się przed drzwiami wynajmowanego mieszkania, aby poszukać w kieszeni klucza i jednocześnie nie upuścić butów. Gdy go znalazła i włożyła do zamka, pierwszym co zrobiła, było wrzucenie brudnego obuwia do środka, uważając, by nie dotknąć nim czegoś innego, niż podłogi.
- Hej. - Nagle usłyszała za sobą czyjś głos. Odwróciła się raptownie i dostrzegła opartą o ścianę szczupłą męską sylwetkę. W świetle wpadającym z ulicy przez okno na korytarzu błysnęły szare oczy. To był ten chłopak w masce. A raczej bez maski. Jego twarz skąpana była w cieniu, a w dodatku częściowo przysłonięta przez kosmyki włosów, które wydostały się z luźnego upięcia, więc Freya widziała tylko jej niewyraźny zarys.
Co tu robił? Dziewczyna spojrzała na niego zaskoczona, nie wiedząc, po co przyszedł.
- Ten golem w lesie... - odezwał się cichym, niskim głosem. - Chciałaś go zabić, prawda?
Moment, pomyślała Freya. Nagle ją olśniło i była przerażona tym, co jej przyszło do głowy. Skąd mógł wiedzieć, gdzie mieszka? Musiał ją śledzić, a więc obserwował ją przez cały czas. Zapewne widział ten poniżający moment, kiedy wdepnęła w gówno i jak niosła brudne trampki. Poczuła, jak ogarnia ją zażenowanie i krew napływa do twarzy.
- Właściwie to poszłam do lasu, bo usłyszałam czyjś krzyk. Nie poluję na potwory poza miastem.
- Chyba nie bezinteresownie? - W jego głosie Freya usłyszała kpinę. Wzruszyła ramionami, starając się mówić pewnie, bez zająknięcia.
- Nie zawsze.
Tym razem chłopak zaśmiał się krótko, po czym się wyprostował.
- W razie jakbyś nie-bezinteresownie chciała coś upolować, to przed chwilą w Hagashimie widziałem ludożercę. Jak się pospieszysz, obejdzie się bez ofiar. Powodzenia! - rzekł, po czym odwrócił się i zaczął oddalać. O dziwo nie zniknął jak przedtem. Szedł spokojnie, stopniowo ginąc w ciemności. Freya stała w drzwiach mieszkania, obserwując go z uniesionymi brwiami, zastanawiając się, po co jej to powiedział i czy powinna go posłuchać. W końcu jednak, gdy już go nie widziała, wbiegła do mieszkania, szybko ubrała czyste buty, pochwyciła katany i wybiegła na zewnątrz, o mało nie zapominając o zamknięciu drzwi. Ruszyła w stronę dzielnicy, którą wskazał ten chłopak.
***
Dotarła na miejsce dosyć szybko. Tak jak powiedział nieznajomy, miała przed sobą stwora przypominającego niedźwiedzia, który właśnie szarpał za nogę jakiegoś mężczyznę. Szczerzył zęby i warczał, podczas gdy jego przyszła - niedoszła - ofiara krzyczała. Niedaleko stała jakaś kobieta, zapewne żona mężczyzny, i piszczała ze strachu. Freya spojrzała na tę scenę, myśląc o tym, jak bardzo niektórzy ludzie potrafią być nieporadni, po czym złapała leżącą niedaleko śmietnika puszkę, zgniotła ją stopą i rzuciła prosto w głowę potwora, aby odwrócić jego uwagę. Stwór oderwał się od nogi faceta i spojrzał na nią czerwonymi, świecącymi oczami. Jego źrenice rozszerzyły się i poszarżował na nią. Dziewczyna kucnęła, obserwując go. Był szybszy, niż się spodziewała i poruszał się na czterech łapach, ale i tak miała sporo czasu, aby przygotować się do walki. Kiedy był już przy niej, skoczyła w górę, wyciągając jednocześnie oba miecze. Potwór, zdaje się, nie zauważył jej nagłego wyskoku, bo zatrzymał się, rozglądając wokoło. Dopiero metaliczny dźwięk ostrza tnącego powietrze zwróciło jego uwagę. Spojrzał w górę, a gdy zobaczył spadającą na niego Freyę, przygotował się do złapania zębami jej nogi, ona jednak przewidziała to i kopnęła go z całej siły w podbródek. Stwór zatoczył się, a jej cios go zdenerwował. Zaatakował ponownie, a ona cięła z góry jednocześnie obiema katanami. Ostrza wbiły się w barki potwora i po chwili jego przednie łapy spadły na ziemię. Trysnęła krew, plamiąc jej ubranie. Nie przejęła się tym, bo wiedziała, że już wygrała. Kiedy przeciwnik stracił równowagę, wykonała szybki obrót i kopnęła go w skroń, a następnie wyprowadziła błyskawiczne pchnięcie w bok potwora, kończąc tym jego żywot. Stwór wydał z siebie ostatnie, pełne bólu warknięcie, po czym zwalił się martwy na ziemię.
Freya odwróciła się w stronę zaatakowanej pary. Oboje kulili się pod ścianą budynku, ze strachem w oczach obserwując ją oraz martwego potwora. Odgarnęła grzywkę z czoła i podeszła do nich.
- Nic wam nie jest? - zapytała, wyciągając dłoń w stronę kobiety i pomagając jej wstać. Potem postawiła na nogi także mężczyznę.
- Nie, dzięki tobie - odpowiedział zaatakowany z wdzięcznością. - Gdyby nie ty, pewnie bylibyśmy już martwi.
- Jesteś bohaterką? - zapytała jego żona.
- Nie.
- A mimo to pomagasz bezbronnym ludziom?
- Czasami, gdy zauważę kogoś w potrzebie...
Mężczyzna po chwili zastanowienia włożył rękę do kieszeni i wyciągnął z niej portfel. Freya już ucieszyła się na myśl o pieniądzach, bo naprawdę bardzo ich potrzebowała. Starała się jednak nie pokazać swojej chciwości i z obojętnym wyrazem twarzy obserwowała, jak uratowany przez nią facet wyciąga zwinięty banknot. Wcisnął jej go do ręki i uśmiechnął się.
- Proszę. To taki wyraz wdzięczności za uratowanie nas. Do widzenia - powiedział, po czym oboje zaczęli się oddalać.
- Miłej nocy! - zawołała do niej kobieta.
- Nawzajem - odpowiedziała Freya i z satysfakcją włożyła otrzymane pieniądze do kieszeni.
I w ten sposób, drodzy przyjaciele, zarabiamy na życie, pomyślała, po czym z uśmiechem skierowała się w stronę domu.

Część 2. Ten, z którym nie chciałaby walczyć

Freya sama nie wiedziała, dlaczego pomyślała, że Genos przegiął.
Dzień zapowiadał się naprawdę dobrze. Od samego rana biegała po mieście, szukając czegoś, co mogłaby zabić i, o dziwo, udało jej się spotkać stwora przypominającego hienę, który gonił jakąś parę. Nie zarobiła na nim dużo, ale powinno wystarczyć na kilka dni. Po południu przyszedł po nią Genos i zabrał ją na obiad, pomimo że odmawiała jak silna, niezależna kobieta, tłumacząc że zdobyła pieniądze i ma za co zjeść. On jednak uparł się i postawił jej miskę ciepłego, pachnącego ramen. Długo rozmawiali i śmiali się. Freya dowiedziała się nawet, jak został cyborgiem, choć i tak nazwisko doktora, który był za to odpowiedzialny, wyleciało jej z głowy.
A potem stwierdził, że pora aby poznała jego mistrza.
I oto stała przed młodym, lecz całkowicie łysym gościem w pelerynie. Tym samym, który chamsko odebrał jej ostatnio zarobek i tym samym, którego chwilę później Freya chamsko zmieszała z błotem. Poczuła, jak drga jej powieka.
- Genos, kto to? - zapytał mężczyzna obojętnym tonem, tylko na chwilę spuszczając z niej wzrok, by spojrzeć pytająco na stojącego obok cyborga.
Chłopak, zdaje się, nie zauważył, w jaki sposób Freya patrzyła na jego mistrza.
- Sensei, to Freya, moja starsza siostra - powiedział poważnym tonem, kładąc jej zimną, stalową rękę na odsłoniętym spod niedbale założonego kimona ramieniu. Dziewczyna wzdrygnęła się, co również umknęło jej bratu.
Tak naprawdę to nie on przegiął, pomyślała, mierząc wzrokiem faceta przed sobą. Nie mógł przecież wiedzieć, co między nimi ostatnio zaszło. Jedynie ona dała się ponieść emocjom i mogła z łatwością wytłumaczyć to narastającą frustracją i walką o przetrwanie, jednak nie miała teraz ochoty na dyskusję.
Mimo to na usta cisnął jej się złośliwy komentarz. Dziewczyna zdławiła go. Nie rób Genosowi wstydu, pomyślała. Choć raz w życiu niczego nie zepsuj.
- Freyo, to pan Saitama, mój mistrz - kontynuował młody cyborg.
Chyba wypadałoby przeprosić za tamto zajście z potworem, nawet jeśli nadal żywiła do niego urazę.
- Och - odezwał się mężczyzna zwany Saitamą. - Miło mi. Czy nie spotkaliśmy się już kiedyś?
- T-tak... - wycharczała Freya, czując narastający wstyd. - Ja... Chciałam przeprosić za tamto... Chyba za bardzo zawładnęły mną emocje i...
Saitama jednak nie dał jej dokończyć. Uciszył ją machnięciem ręki.
- Daj spokój. Nic się nie stało - powiedział.
Freya nie do końca wiedziała, jak miałaby się zachować w momencie, w którym ktoś nie daje jej dokończyć przeprosin. Czy powinna mimo wszystko powiedzieć je do końca?
Spojrzała na Genosa, szukając na jego twarzy jakichkolwiek oznak współpracy i dobrych chęci, ale odnalazła tylko jego pytający wzrok.
- Znacie się? - zapytał zdziwiony.
- Tak, można tak powiedzieć - odpowiedziała Freya cicho i niepewnie.
- Usiądziesz? - Zanim Genos zdążył zadać jeszcze jakieś pytanie, Saitama zaproponował Frei miejsce przy stole. Dziewczyna skinęła lekko głową i usadowiła się naprzeciw niego. Liczyła, że jej brat wesprze ją w tej dziwnej, stresującej sytuacji. On jednak skierował się do wyjścia.
- Zaparzę herbatę - oznajmił, po czym wyszedł, zostawiając ją sam na sam z Saitamą.
Atmosfera była dziwna. Żadne z nich się nie odzywało, nikt nie wydawał żadnego dźwięku. Dobiegały ich tylko odgłosy z kuchni. Freya, nie potrafiąc znaleźć sobie żadnego zajęcia, rozglądała się po pomieszczeniu, podziwiając skromny, ale ładny wystrój salonu.
Cisza była męcząca. Freya pomyślała, że lata spędzone z dala od ludzi jej się udzielają, bo tęskniła za rozmową i kontaktem z nimi, ale nie miała możliwości nabrania wprawy w dyskusjach. Gdy w pokoju zjawił się Genos z herbatą, miała nadzieję, że jej wygadany brat rozpocznie jakiś temat.
- Dziękuję - powiedziała, kiedy postawił przed nią kubek z aromatycznym napojem, którego woń szybko rozeszła się po całym pomieszczeniu.
Saitama pociągnął łyk ze swojego kubka, wydając przy tym głośne siorbnięcie, które chyba nie speszyło go ani trochę, bo po chwili je powtórzył. Freya poszła w jego ślady. Cicho, uważając by przypadkiem także nie siorbnąć, napiła się herbaty. Liczyła, że ten napój zmieni trochę armosferę, ale cisza nadal była niezręczna. Saitama w zamyśleniu obracał kubek w dłoniach, a Genos zawiesił wzrok w jednym punkcie za oknem i trwał tak przez dłuższą chwilę. Potem nagle ocknął się i drgnął, wydając przy tym skrzypnięcie, a następnie spuścił wzrok i także się zamyślił. Freya nie wiedziała, co ma ze sobą zrobić.
Po pokoju zaczęła krążyć mucha. Najpierw usiadła na dłoni dziewczyny, a ona poruszyła ręką i owad uciekł. Kilka sekund bzyczenia i irytującego latania w kółko później spoczął na ramieniu Genosa. Cyborg nawet tego nie poczuł, lecz jego siostrę na sam widok zaczęły swędzieć palce. Udała, że poprawia włosy, a w rzeczywistości chciała tylko, żeby mucha przestraszyła się i odleciała.
Jako swój kolejny cel owad wybrał łysą głowę Saitamy. Gdy tylko tam spoczął, mężczyzna przegonił go machnięciem ręki. Mucha jednak nie dała za wygraną i zaczęła krążyć obok jego lewego ucha. Kiedy przymierzała się już do lądowania, Saitama błyskawicznie złapał ją w palce i zgniótł. Owad wydał z siebie tylko zaskoczone bzyknięcie, po czym zdechł.
Freya popatrzyła na Saitamę z uniesionymi brwiami, a jej usta mimowolnie uformowały się w bezgłośne "wow". Genos podniósł na nią wzrok, zupełnie jakby to "bezgłośne" słowo do niego dotarło i zwróciło jego uwagę.
- Niesamowite, prawda? - zapytał, czym zwrócił uwagę mistrza. Saitama jednak nie wyglądał, jakby słowa Genosa w jakikolwiek sposób go poruszyły. Strzepnął martwą muchę na podłogę i powrócił do siorbania swojej herbaty.
Ponownie zapadła między nimi cisza, która dręczyła Freyę. Poruszyła się nerwowo i spojrzała na brata z nadzieją, że może on rozpocznie jakiś temat. Znał Saitamę o wiele lepiej niż ona, a Freya po prostu nie wiedziała, co miałaby powiedzieć. Inaczej nie widziała potrzeby, by tyle tu siedzieć. Mogła skończyć herbatę i iść do domu.
Genos, widząc jej spojrzenie, nie zrozumiał, czego dziewczyna od niego chce i po prostu się uśmiechnął. Dopiero, gdy na jej twarzy odmalowała się irytacja i bezsilność, odkaszlnął i powiedział:
- Ładna dziś pogoda, prawda?
Freya westchnęła zrezygnowana. Poddała się.
Saitama odwrócił się i spojrzał za okno.
- Rzeczywiście - powiedział. - A ty co sądzisz, Freyo?
Słysząc swoje imię, podniosła głowę. Saitama rzeczywiście zwracał się do niej.
- Tak... Świetna pogoda - odpowiedziała, niedowierzając że po tym świecie chodzi ktoś o tak samo beznadziejnych umiejętnościach komunikacyjnych, jakie miała ona. Walka dwiema katanami wydawała jej się prostrza niż rozmowa. Walka BYŁA od niej prostrza. Nawet jeśli nie widziała się z Genosem przez te cztery lata, liczyła, że zachował swoją dawną gadatliwość, lecz najwyraźniej się myliła. Zmienił się tak bardzo, że sama go nie rozpoznawała. Nie sądziła, że charyzmy można się wyzbyć od tak.
- Pewnie jeszcze dzisiaj wyjdziesz na polowanie? - zapytał ją Genos. Popatrzyła na niego dziwnie, zaskoczona tym pytaniem, ale cóż, przynajmniej próbował jakoś podtrzymać rozmowę. Już lepsze to, niż siedzenie w milczeniu nad kubkiem herbaty.
- Może jeszcze uda mi się coś znaleźć - mruknęła, starając się, aby temat nie zszedł za bardzo na ostatnie spotkanie z Saitamą. Nadal było jej głupio, gdy przypomniała sobie, co mu wtedy powiedziała, choć jeszcze przed dzisiejszą wizytą w jego mieszkaniu była pewna, że postąpiła słusznie wobec siebie samej i miała prawo się zdenerwować. Pomimo, że Saitama już jej wybaczył (wyglądało na to, że miał zdolność bardzo łatwego przebaczania i zapominania o przykrościach; na jego miejscu Freyę pewnie szlag by trafił), czuła się nieswojo w jego towarzystwie. Możliwe, że spowodowała to obawa przed walką z nim. Był prawdopodobnie ostatnią osobą, z jaką dziewczyna chciałaby się zmierzyć.
- Chodzi ci o potwory? - zainteresował się Saitama.
- Tak... - odpowiedziała niepewnie. - Trzeba jakoś zarabiać i...
- Jesteś bohaterką? - przerwał jej mężczyzna.
- Nie.
Saitama uniósł łyse brwi i spojrzał na nią z zaskoczeniem.
- Więc jak zarabiasz? - zapytał.
- Czasami ludzie oferują pieniądze za uratowanie ich - wyjaśniła, nieco speszona sytuacją i nagłym zainteresowaniem jej osobą.
- Chcesz powiedzieć, że przyjmujesz zlecenia?
- Nie.
- Więc co robisz, żeby ludzie ci płacili?
- Po prostu chodzę po mieście i szukam osób w niebezpieczeństwie. Zabijam potwora, który im zagraża, a oni w podzięce oferują mi pieniądze. - Spodziewała się, że to będzie dyskusja dotycząca jak najbardziej neutralnego tematu, na jaki można rozmawiać z dopiero poznaną osobą, a nie akurat jej, co sprawiało, że nie była do końca pewna swoich słów.
- Ale zaraz - odezwał się Genos, z którym nie omawiała wcześniej kwestii jej zarobku. - Nie masz przecież stuprocentowej pewności, że ci zapłacą.
Freya przypomniała sobie kobietę, która uciekła z krzykiem, gdy dziewczyna wylądowała przed nią cała we krwi, a zaraz potem na ziemię spadł potężny kawał śmierdzącego mięsa, jeszcze minutę temu będącego człekokształtną kreaturą goniącą ową kobietę po mieście. Freya próbowała ją zatrzymać, ale nie udało jej się, a więc wróciła do domu głodna, zła i umazana krwią.
- Owszem, nie mam - odpowiedziała, zaciskając zęby.
- Nie próbowałaś dołączyć do bohaterów? - zapytał Saitama monotonnym głosem.
- Szczerze mówiąc nie - odpowiedziała mu.
- Powinnaś się nad tym zastanowić. Mistrz Saitama i ja niedawno dołączyliśmy i są z tego same korzyści. Między innymi zapłata za każdego zabitego potwora.
Freya wiele razy słyszała o bohaterach i tym, co robią dla ludzi, ale jakoś nie zastanawiała się, co z tego mają. Kilka razy nawet widziała na własne oczy kogoś walczącego z potworem. Bohater zabijał stwora, uratowani dziękowali mu, a publiczność biła brawo. To wyglądało tak sielankowo, że aż wydawało się nieprawdziwe.
- Hm, może rzeczywiście powinnam o tym pomyśleć... - powiedziała, zastanawiając się, czy to rzeczywiście zawód dla niej. Jeśli naprawdę oferował pieniądze za potwory, to chyba należałoby dowiedzieć się o nim więcej.
- Zdecydowanie - potwierdził Genos. Saitama pokiwał głową.
Wypiła ostatni łyk herbaty i odstawiła kubek na stół.
- Dziękuję za herbatę. - Skłoniła się. - Muszę już iść.
- Odprowadzę cię - powiedział Genos, zabierając jej kubek. Odniósł go do kuchni, po czym poszedł z siostrą do wyjścia. Opuścili mieszkanie i skierowali się w stronę Arahimy.
Brat odprowadził ją aż pod same drzwi jej bloku. Nim weszła do środka, pożegnała się z nim poprzez długi uścisk. Nie była pewna, czy mechaniczny chłopak w ogóle czuł jej dotyk, ale cieszyła się, że również ją objął. Wiedziała, że nadal miał ludzkie emocje, ale obawiała się, że nie dostrzegał delikatnych bodźców z otoczenia. Martwiło ją to, zwłaszcza że Genos dobrowolnie oddał się w ręce tego naukowca, choć nie było to konieczne.
Jeszcze przez chwilę patrzyła na odchodzącego brata, po czym weszła do mieszkania. Przebrała się w robocze kimono i ponownie opuściła dom.
Było ciepło. Wiał lekki wiatr, choć na horyzoncie widać było ciemne chmury. Pewnie znowu będzie padać, pomyślała Freya, po czym ruszyła przed siebie, gotowa skopać tyłki potworom, które zagrażały mieszkańcom tego miasta.
Hope Land of Grafic