poniedziałek, 11 marca 2019

Cześć 5. Niespodziewane spotkanie

Genos miał rację. Od samego rana padało.
Pogoda tego lata była dość kapryśna. Jednego dnia świeciło słońce, a następnego temperatura nagle spadała i zaczynała się ulewa. To było męczące, bo nie dało się do końca przewidzieć, jak ubrać się następnego dnia.
- Wszystko mi jedno - mruknęła Freya do siebie, przecierając oczy i wygrzebując się z pościeli. Wstawanie było zawsze najsmutniejszym momentem dnia. Musiała opuścić ciepłe łóżko i wynieść się z domu, by szybko zjeść coś na mieście, a potem szukać zarobku.
Ubrała ciemnoniebieskie kimono i swoje ulubione rozpadające się trampki, które zostały już uprane i wysuszone po ostatnim spacerze przez Hagashimę.
Freya nadal miała gwałtowne ataki gorąca otaczające jej ciało, gdy o tym myślała. Czuła się niezręcznie, mając świadomość, że tak wyjątkowe oczy w kolorze zachmurzonego nieba widziały jej mentalną porażkę.
Wyszła z domu, mając przy sobie swoje katany, jak zwykle z resztą. Nie lubiła się z nimi rozstawać. Nawet w nocy kładła je na krześle obok, aby w nagłym wypadku mogła po nie sięgnąć. Co prawda jeszcze jej się nie zdarzyła taka konieczność, ale mimo to nie potrafiła się z nimi rozstać nawet na czas snu.
Nie miała parasola, więc deszcz szybko ją zmoczył. Weszła do knajpy z tanim jedzeniem i usiadła przy barze, witając się ze znajomym kelnerem,a żołądek dosadnie obwieścił jej, że wczoraj nie jadła kolacji. Miała nadzieję, że nikt nie słyszał tego hałasu przypominającego grzmot.
Złożyła zamówienie, a  kelner zniknął za kotarą prowadzącą do kuchni. Freya w tym czasie wsparła się na dłoni i odleciała gdzieś myślami. Co kilka minut do jej uszu dobiegał dźwięk dzwoneczków zawieszonych nad wejściem, jednak ani razu nie odwróciła się, by sprawdzić, kto przyszedł. To bez sensu, przecież i tak nikogo tutaj nie znała.
Po chwili dostała swoją porcję gorącego ramen. Chwyciła pałeczki i zabrała się za jedzenie, zanim jej żołądek zacznie upominać ją o niedbalstwo i głodzenie się, co przecież nie było spowodowane jej kaprysami. Barman uśmiechnął się do niej.
- Ostatnio coś rzadko przychodzisz. Jeszcze trochę i zacznę myśleć, że przestało ci smakować nasze jedzenie - zażartował.
Freya uśmiechnęła się i wpakowała sobie do buzi kolejną małą porcję makaronu. Błyskawicznie ją przełknęła.
- W życiu - zaśmiała się i wróciła do jedzenia.
Mężczyzna parsknął i oddalił się, by przyjąć kolejne zamówienie. Freya usłyszała trzaśnięcie drzwiami i dźwięk dzwonka, który znów zignorowała. Bywały momenty, kiedy poza własną miską nie obchodziło jej nic innego i taki moment nastał właśnie teraz. Była tak głodna, że ani myślała się odwracać.
- Hej - usłyszała czyjś głos tuż nad swoim lewym ramieniem. Jeszcze zanim upewniła się, że to powitanie było skierowane do niej, kątem oka zauważyła, że ktoś siada na krześle obok niej. Podniosła wzrok i ujrzała szare oczy patrzące na nią spomiędzy kosmyków czarnych, ociekających wodą włosów. Zamurowało ją, bo nie spodziewała się spotkać tutaj tego chłopaka. Przez kilka sekund patrzyła na niego, kiedy odwrócił się, żeby złożyć zamówienie, i nie do końca wiedziała, co ma zrobić dalej, zupełnie jakby dokończenie swojego ramen było ponad jej umiejętności.
Nie zdając sobie sprawy, jak głupio musi teraz wyglądać, gapiła się na niego dalej, a on przez pewną chwilę zdawał się tego nie zauważać, jednak wreszcie zapytał:
- Co tak patrzysz?
Dziewczyna nagle otrząsnęła się i zaczęła się czerwienić wbrew swojej woli.
- Eee... Przepraszam, zamyśliłam się... - wydukała i wróciła do swojej miski z jedzeniem, podczas gdy jej policzki przybierały coraz bardziej jaskrawy odcień.
- Jeżeli chodzi o twój ostatni... spacer przez Hagashimę... - Chłopak zbliżył się do niej i zniżył głos do szeptu. - To nie musisz się niczym przejmować. Tylko ja to widziałem i nikomu nie powiem.
Jasna cholera, pomyślała dziewczyna i zaczęła czerwienić się jeszcze bardziej, o ile to w ogóle możliwe. Bardzo nie chciała na niego patrzeć, ale przełamała niechęć i zerknęła na niego. Ujrzała go uśmiechającego się pewnie, choć, miała nadzieję, szczerze. Obawiała się, że i tak będzie się z niej śmiał, zważając na to, że wspomniana sytuacja sprzed kilku dni wywoływała u niej gorączkę.
- Powinnaś się cieszyć, że nikogo tam wtedy nie było. Mieliby niezły ubaw - ciągnął dalej chłopak, co sprawiło, że Freya wbiła wzrok w ramen i ani myślała patrzeć na szarookiego. Inaczej pewnie zrobiłaby mu krzywdę. Albo przynajmniej próbowała, bo był zdecydowanie za szybki, żeby mogła go dogonić, pomimo, że jej sprawność fizyczna nie była zła.
Chłopak przez chwilę się nie odzywał, za co była mu wdzięczna. Wiedziała jednak, że nic, co dobre nie trwa wiecznie i miała rację, bo po chwili usłyszała kolejny komentarz z jego strony.
- Pewnie świetnie się bawiłaś, czyszcząc buty.
- Możesz się zamknąć? - warknęła, nie mogąc się zmusić do bardziej uprzejmego tonu. Z resztą dlaczego miałaby być teraz miła, kiedy on tak złośliwie sobie z niej żartował?
Chłopak zaśmiał się.
- Nie.
Dziewczyna westchnęła i postanowiła od tej pory nie reagować na jego odzywki.
- Mam na imię Sonic - powiedział chłopak po kolejnej chwili milczenia. Freya rzuciła mu krótkie spojrzenie i mruknęła w odpowiedzi:
- To super.
Przewrócił oczami.
- Chciałem być miły - powiedział i wymownie spojrzał na Freyę, oczekując, aż powie mu, jak ma na imię.
Dziewczyna westchnęła.
- Freya - powiedziała, co wyraźnie go zadowoliło, bo uśmiechnął się triumfalnie.
- Chyba nie jesteś stąd, co? - zagadnął, a Freya nie miała ochoty mu odpowiadać, dopóki nie spojrzała mu w oczy. Tak, miał niesamowite oczy... Z resztą... Co jej szkodziło?
- Niedawno się wprowadziłam. A ty? Nie widziałam cię wcześniej w okolicy.
Sonic machnął ręką, jakby jego obecność w Arahimie nic nie znaczyła, ale odparł od niechcenia:
- Miałem coś do załatwienia niedaleko. Nieważne.
- Chyba nie tego golema w lesie? - Freya zaśmiała się, przypomniawszy sobie, kiedy zobaczyła Sonica pierwszy raz. Była onieśmielona i patrzyła na niego z otwartymi ustami, wyglądając głupio i nieatrakcyjnie - zupełnie jak przed chwilą.
- Golem był przy okazji. Mniejsza o to - odpowiedział chłopak wymijająco. - Też na niego polowałaś?
- Właściwie to nie. Poszłam do lasu, bo usłyszałam krzyk. To byłeś ty?
- Mhm. Nie wiem, jakim cudem, ale udało mu się mnie zranić. Był porośnięty jakimiś pnączami i dzięki nim mnie trafił. Dobrze, że nie były jadowite.
- To stąd ta krew na trawie i na podłodze... - mruknęła dziewczyna, na co on przytaknął.
- Poszedłem do ciebie zanim opatrzyłem ranę. Trochę krwawiła...
- Trochę? Bardzo to odpowiedzialne z twojej strony, tak biegać sobie po mieście z otwartą raną - burknęła Freya sarkastycznie. Ciarki przebiegały jej po plecach, gdy myślała o oberwaniu takim pnączem i o bolącej ranie, której nie możesz (lub  jakiegoś powodu nie chcesz) natychmiast opatrzeć. Nagle jednak przypomniała sobie, o co miała go zapytać, kiedy tylko go spotka. - W ogóle to dlaczego powiedziałeś mi o tym potworze w Hagashimie?
Sonic zamyślił się na chwilę a potem rzekł:
- Myślałem, że może zamierzałaś zabić tego golema, miałaś na niego zlecenie z czy coś. A skoro zrobiłem to za ciebie, to przyszło mi do głowy, że pewnie będziesz chciała jakoś to odrobić, dlatego przebiegłem się po mieście, żeby coś dla ciebie znaleźć.
Ta szczera odpowiedź wgniotła Freyę w ziemię. W życiu nie spodziewała się, że ktoś zrobi coś takiego dla nieznajomej osoby. Była pod wrażeniem i przez chwilę było jej głupio, że na początku tak źle go oceniła. Nie była w stanie wyksztusić słowa, więc po prostu wpatrywała się w niego w milczeniu (znowu), a on przez chwilę utrzymywał kontakt wzrokowy, ale w końcu nie wytrzymał i zapytał:
- No co? Znowu coś nie tak?
- N-nie, tylko... Zaskoczyłeś mnie - powiedziała dziewczyna, czując się niezręcznie.
- Czasami zdarza mi się być dla kogoś miłym. Wprawdzie dosyć rzadko, ale mimo wszystko. Co jakiś czas mogę, prawda? - Chłopak wzruszył ramionami i wrócił do swojego jedzenia.
Przez chwilę nikt nic nie mówił, a rytmiczny dźwięk stukania pałeczkami o miskę przerywało co jakiś czas dzwonienie dzwonków. Mimo to w lokalu było mało osób. Wszyscy, którzy już zjedli, od razu wychodzili. Knajpa zdecydowanie nie była miejscem, gdzie przychodzi się, by pogadać ze znajomymi. Freya i Sonic byli jedynymi rozmawiającymi, choć nawet się nie znali. Powinnam być z siebie dumna, pomyślała dziewczyna. Rozmawiam z obcym facetem i nawet dobrze mi idzie.
Kiedy skończyła swoje ramen, złożyła pałeczki, po czym wstała. Podziękowała barmanowi za posiłek, pożegnała się z Sonikiem i wyszła. Skierowała się w stronę swojego domu, jednak nim zdążyła przejść choć sto metrów, usłyszała za sobą wyraźnie nabijający się z niej głos:
- Ale się wleczesz!
Odwróciła się, gotowa zmierzyć Sonica chłodnym spojrzeniem. To nie tak, że ją irytował, po prostu miała wrażenie, że zbyt szybko łamie pewne bariery. Zachowywał się, jakby znali się od lat. Trochę ją to onieśmielało.
- To ty za szybko chodzisz - odpowiedziała mu. - W ogóle to jakim cudem tak szybko zjadłeś?
Sonic roześmiał się i rozłożył ręce. Freya uniosła brwi. Nie sądziła, żeby tak szybkie jedzenie było dobre dla zdrowia, ale nie skomentowała tego. Nie jej problem.
- Idziesz do domu? - zapytał chłopak.
- Na chwilę. A ty? - odpowiedziała wymijająco.
- Nie. Mam trochę roboty w mieście. Będziesz polować? W ogóle to jesteś bohaterką?
- Nie jestem - powiedziała dziewczyna, zastanawiając się, ile osób w ciągu ostatnich kilku dni ją o to zapytało. - Działam na własną rękę.
Sonic pokiwał głową.
- Rozumiem. To chyba tak jak ja. Przyjmujesz zlecenia?
- Raczej zabijam to, co znajdę. Czasem dostaję za to pieniądze.
- Czasem? No i skąd masz pewność, że akurat tym razem dostaniesz?
Dziewczyna westchnęła, zastanawiając się, dlaczego bogowie zesłali jej taką gadułę jak Sonic i całkowicie zapominając, że sama o to prosiła.
- Wyczytuję to z twarzy ludzi wokół - rzuciła sarkastycznie, jednak szarooki nie wyglądał, jakby to wyczuł.
- Jak to?
- Nie sądzisz, że za dużo chcesz wiedzieć?
- Gdybym chciał, to dowiedziałbym się wszystkiego o tobie w ciągu kilku minut. Pytam z ciekawości i żeby podtrzymać rozmowę.
Freya westchnęła.
- Zmień temat w takim razie.
- Ale ładna dziś pogoda! - Wyszczerzył zęby w uśmiechu, na co Freya roześmiała się.
- Doskonała. - Na szczęście już nie padało. Miała nadzieję, że zdąży wrócić do domu, nim nadejdzie kolejna ulewa.
- Nie jest ci zimno? - Sonic spojrzał na jej odsłonięte przez podwinięte rękawy łokcie i cienki materiał kimona.
- Nie. Zaraz i tak będę w domu.
- Chcesz bluzę? - Nie czekając, aż Freya się zgodzi, zaczął rozpinać kurtkę, ale go powstrzymała.
- Nie zdejmuj.
- Chciałem być miły.
- Doceniam, ale nie zdejmuj. Przeziębisz się. Nie chcę mieć cię na sumieniu.
- Sądzisz, że zwykły deszcz może mnie złamać?
- Dobrze wiem, jak to jest przeziębić się od biegania w deszczu, bo latem przechodzę to średnio raz na miesiąc. Nie wierzę w odporność.
- Więcej soku z cytryny. Albo z malin. Uwierzysz.
- Nie lubię malin.
- To cierp. - Sonic zaśmiał się, czego Freya nie skomentowała, a jedynie parsknęła z dezaprobatą, niezadowolona, że ktoś mówi jej, co ma robić. Jednak nie sądziła, żeby Sonic był całkiem zły. Był raczej nieco zgryźliwy i lubił się droczyć.
Odprowadził ją pod sam blok. Podziękowała mu i weszła na klatkę, a on pomachał jej ostatni raz, po czym zniknął.
W mieszkaniu zdjęła mokre buty i poszukała na stercie ubrań jakiejś kurtki. Znalazła jasnoniebieską bluzę z kapturem i plamą na rękawie. Westchnęła, winiąc się za lenistwo i nie wrzucanie ciuchów do rozklekotanej pralki na bieżąco, ale ubrała bluzę mimo to. Było za zimno, żeby mogła wybrzydzać.
Wyszła z mieszkania i ruszyła w deszczu przez Arahimę, mając zamiar znaleźć cokolwiek, co zagraża mieszkańcom i to zabić.

poniedziałek, 18 lutego 2019

Część 4. Respekt i uznanie

Freya obudziła się ekstremalnie późno - kwadrans po południu. Sama się sobie dziwiła, nawet jeśli poszła spać długo po północy. Dopiero teraz zaczęły do niej docierać niektóre fakty wczorajszego wieczoru, o których nie miała siły myśleć, gdy wracała do domu.
Kim, do cholery, był ten chłopak i dlaczego powiedział jej o ludożercy w Hagashimie?
Żadna sensowna odpowiedź nie przychodziła jej do głowy. Dobrze by było, gdyby udało jej się go jeszcze raz spotkać. Mogłaby po prostu zapytać.
Szczerze mówiąc jakoś nie widziała siebie rozmawiającej z tym chłopakiem, zwłaszcza że ona sama musiałaby tę rozmowę rozpocząć. Miała świadomość tego, że jej umiejętności prowadzenia luźnej konwersacji z kimkolwiek były tragiczne. Potrafiła dogadać się jedynie z Genosem, ale tylko dzięki jego wrodzonej wady, jaką było nawijanie o wszystkim. I tak nie popisał się zbytnio podczas jej wizyty u Saitamy, co z resztą nadal miała mu za złe.
Wyczołgała się z łóżka dopiero po kilkunastu minutach po obudzeniu się. Szybko wypiła poranną (a raczej popołudniową) herbatę, ubrała się i wyszła do miasta, bo jej żołądek domagał się czegoś do jedzenia.
Mimo wszystko chciała spotkać go jeszcze raz. Nie kryła tego przed samą sobą, nawet jeśli nie wiedziała, jakie intencje mógł mieć wobec niej.
Kiedy wychodziła z mieszkania, coś przykuło jej uwagę - zaschnięte krople krwi na podłodze. Miała niemal stuprocentową pewność, że to krew, tak samo jak była pewna, że to ten chłopak krzyczał wczoraj w lesie. Wszystko ułożyło się w sensowną całość. Golem mógł go zaatakować i zranić, a więc chłopak krzyknął. W miejscu, gdzie stał, została jego krew z rany, której nie opatrzył, dopóki nie zobaczył się z nią po raz drugi. W tej sytuacji wydawało jej się to wyjątkowo bezsensowne i nieodpowiedzialne. Rana musiała być poważna, skoro krew już nie wsiąkała w ubranie, tylko kapała na ziemię. Miała nadzieję, że nic mu nie będzie, w imię czystego sumienia oczywiście.
Z nadzieją na spotkanie szarookiego chłopaka w masce, wyszła z bloku i skierowała się do najbliższej knajpy z ramen. Choć wiedziała, że prawdopodobieństwo trafienia na niego na ulicy było niewielkie, gdzieś w głębi jej umysłu czaiła się myśl, że może jednak gdzieś na niego wpadnie.
***
Kiedy po zjedzonej misce ramen zadowolona i z pełnym żołądkiem wracała do domu, zastanawiała się, co będzie dzisiaj robić. Pogoda zapowiadała się całkiem dobrze, niebo było bezchmurne, a delikatny wiatr przyjemnie smagał skórę. Może powinna odwiedzić brata albo wyciągnąć go na spacer po mieście? Z pewnością ma swoje sprawy, ale może znajdzie chwilkę, aby spędzić czas ze swoją siostrą, której nie widział od czterech lat? Tak, zdecydowanie powinna do niego wpaść, tylko...
Jaki to był adres?
Przeklinając w myślach swój brak orientacji w terenie odtworzyła wczorajszą trasę spod swojego domu. Wydawało jej się, że przeszła pół miasta, bo kilka razy spostrzegła, że zupełnie nie pamięta okolicy, dlatego musiała zawrócić, ale w końcu znalazła właściwą ulicę, a potem właściwy blok. Jak na złość w pobliżu nie było nikogo, kogo mogłaby zapytać, czy wie, gdzie mieszka jej brat i jego mistrz, więc pukała do wszystkich drzwi po kolei. Pierwsze otworzyła jej jakaś staruszka, drugie mała dziewczynka nieodpowiedzialnie pozostawiona w domu bez opieki, której Freya poleciła na przyszłość nie otwierać drzwi nieznajomym. Trzecie mieszkanie było puste, a czwarte zamieszkiwał łysy mężczyzna o niezbyt inteligentnym spojrzeniu.
- Dzień dobry. - Skłoniła się lekko. - Czy jest Genos w domu?
- Jest - odpowiedział Saitama i otworzył szerzej drzwi, wpuszczając Freyę do środka. Sprawiał wrażenie, jakby całkowicie zapomniał o jej zachowaniu kilka dni wcześniej, co trochę ją peszyło. Oczywiście nie chciała, żeby się na nią gniewał, bo szczerze było jej głupio, ale jego zdolność zapominania o nieprzyjemnościach była zadziwiająca. - Genos, masz gościa!
Cyborg zjawił się w przedpokoju z mieszaniną zaskoczenia i radości na twarzy. Widać było, że nie spodziewał się jej wizyty, zwłaszcza że miał na sobie jasnoróżowy fartuszek obszyty falbanką, poznaczony gdzieniegdzie mokrymi plamkami. Najwyraźniej Freya oderwała go od zmywania naczyń.
- Cześć. Nie przeszkadzam ci? - zapytała, z rozbawieniem w oczach omiatając wzrokiem różowe wdzianko brata, ładnie kontrastujące z mechanicznymi ramionami.
- Chcesz gdzieś wyjść? - odpowiedział z zażenowaniem na twarzy. - Za chwilę będę wolny.
- Okej, poczekam. - Freya walczyła ze sobą, aby się nie roześmiać i nie rzucić jakiegoś złośliwego komentarza, co w przeszłości często jej się zdarzało i było powodem wielu kłótni z bratem.
Powędrowała za nim do kuchni i obserwowała, jak dokładnie myje naczynia. Ciekawe kiedy stał się tak pracowity i pokorny, pomyślała. Był przeciwieństwem jej - leniwej, w swoim mniemaniu mającej zawsze rację złośliwej indywidualistki, która zazwyczaj była mocna tylko w gębie. Przypomniała sobie wczorajszą sytuację w lesie, gdy ogarnęła ją wściekłość po tym, jak golem padł martwy na ziemię, ale nagle zapomniała wszystkich słów, gdy stanęła twarzą w twarz z szarookim chłopakiem. To właściwie nie świadczyło o tym, że jest mocna w gębie, tylko że jej się tak wydaje.
Oparła się o blat i zamyśliła na moment. Z owego zamyślenia wytrącił ją pacnięciem w ramię Genos, który skończył już pracę i zaczął coś do niej mówić. Spojrzała na niego z wyrzutem, rozmasowując obolałe miejsce, gdzie kwitł już siniak.
- Mógłbyś być bardziej delikatny - mruknęła, choć wiedziała, że nie mogła go za to winić. Został zmieniony w cyborga do walki, a nie do głaskania.
- Przepraszam - powiedział z głęboką szczerością w oczach - ale mogłabyś słuchać, co do ciebie mówię.
Nie wyglądał na zdenerwowanego, ale mimo to postanowiła być bardziej uważna.
- Wybacz. Ostatnio często nie mogę się skupić.
- Ostatnio? - Genos uniósł brwi.
- W sumie to od wczoraj. Wszystko ci opowiem.
Wyszli z mieszkania. Od razu, gdy stanęli na chodniku, owiał ich przyjemny chłodny wietrzyk, będący ulgą podczas dzisiejszego upału.
- Gdzie chciałabyś iść? - zapytał Genos, rozglądając się.
- Nie wiem. Myślałam raczej o zwykłym spacerze.
- Dobra pogoda na spacer - zauważył chłopak.
- Mhm - mruknęła Freya w odpowiedzi, po czym ruszyli w stronę centrum.
W mieście było dosyć tłoczno. Ludzie korzystali z ładnego dnia. Zewsząd dochodziły ich rozmowy i śmiechy, a także szum wiatru i śpiew ptaków.
- O czymś miałaś mi opowiedzieć - odezwał się w końcu Genos, gdy znów zamyślona Freya o mało nie wpadła na kobietę prowadząca za rękę małego chłopca. - Jesteś rozkojarzona.
Spojrzała na niego jakby wyrwana z transu.
- A, no tak... Ciągle mam w głowie chłopaka, którego spotkałam wczoraj w lesie. - Skrzywiła się nieznacznie na myśl o tym, jak beznadziejnie wypadła przy nieznajomym. Ciekawe, co on sobie pomyślał. Na pewno nic pozytywnego...
Genos wyglądał na zainteresowanego, więc Freya kontynuowała.
- Walczył z golemem, ale był tak szybki, że prawie go nie dostrzegałam... Usłyszałam w lesie krzyk, więc tam poszłam...
- Za pieniędzmi - wtrącił Genos, na co Freya spojrzała na niego z wyrzutem.
- No i co z tego? Naprawdę byłam gotowa pomóc, więc co w tym złego?
- Nic, nic. - Genos wzruszył ramionami. - Mów dalej.
- Golem był dosyć duży. Wyglądał, jakby się przed kimś bronił, ale nie było widać, przed kim. Zdziwiło mnie to. I nagle, kiedy już miałam go zaatakować, padł na ziemię i się rozsypał, a chwilę potem zobaczyłam chłopak w masce. Nie wiem, kim był, ale nie zdążyłam nawet zapytać, bo zniknął. Szkoda. Chciałam z nim porozmawiać.
- Akurat - powiedział znowu Genos. - Nie miałabyś tyle odwagi, żeby się odezwać do nieznajomego.
Freya spojrzała na niego z nienawiścią w oczach. Cyborg trafił w jej słaby punkt. Doskonale wiedziała, że miała problem z kontaktami międzyludzkimi, bo gdzie i kiedy miała się ich nauczyć, skoro przez ostatnie cztery lata była zdana sama na siebie? Najnormalniej w świecie nie miała do kogo się odezwać, a z resztą nie widziała takiej potrzeby. Rozmowa równała się zdradzaniu niektórych faktów o sobie, czego dziewczyna chciała uniknąć. Im mniej osób znało jej przeszłość i słabe strony, tym lepiej.
- Zamknij się! - warknęła, po czym dodała już spokojniej: - Dobrze, że ty zawsze jesteś taki wygadany, zwłaszcza kiedy na pół godziny zapada niezręczna cisza i wszyscy w napięciu obserwują, jak Saitama rozgniata w palcach muchę.
Chłopak zaśmiał się.
- Widziałem wtedy twoją minę.
- No, ja twoją też. Kto by pomyślał, że teraz jesteś taki radosny.
Genos nie odpowiedział, nie mając na to najwyraźniej wystarczająco dużo odwagi, ale i tak obserwował ją śmiejącymi się oczami. Dziewczyna parsknęła pogardliwie i odwróciła wzrok, zastanawiając się, jakim cudem ktoś, kto został "stworzony" do walki z potworami i innym złem tego świata, boi się odpyskować własnej siostrze, co nie zmieniało faktu, że jej to schlebiało i była zadowolona, że wypracowała sobie respekt u brata. Szkoda, że tylko u brata, ale nad resztą pracowała.
Przez chwilę szli w milczeniu, Freya z naburmuszoną miną, obserwując wesołego brata kątem oka. Nie wątpiła, że to zauważył, ale nie dała po sobie niczego poznać, nie chcąc wywoływać kolejnej dyskusji o niczym. Zdecydowanie nie to miało być tematem ich dzisiejszego spotkania. Jednak zamiast kontynuować swoją opowieść, milczała, chcąc zmusić Genosa do przypomnienia jej tego. Wiedziała, że ciekawi go opowiadana przez nią historia, ale miała w planach sprawdzić, jak długo wytrzyma.
W końcu, po zaledwie kilkunastu sekundach, poczuła szturchnięcie w ramię.
- Może skończysz opowieść - zasugerował młody cyborg.
- A co, męczy cię cisza? - zapytała sarkastycznie, po czym westchnęła zamyślona. - Nie wiem, czy powinnam ci mówić wszystko.
- Masz coś do ukrycia?
- Nie. Ale nie chcę ryzykować, że będziesz się ze mnie śmiał do końca życia.
Na myśli miała naturalnie incydent z psią kupą, o którym jej brat nie powinien się dowiedzieć, o ile wolała uniknąć złośliwych komentarzy w przyszłości. Genos miał to do siebie, że lubił się z niej nabijać, nawet jeśli nie miał na celu sprawienia jej przykrości. Po prostu żartował, o czym Freya doskonale wiedziała i nigdy nie była mu dłużna. Mimo wszystko jednak niektóre jego drwiny były denerwujące i zdecydowanie nie powinien ich nigdy mówić, jeśli życie mu miłe.
Chłopak parsknął.
- No dobrze. Ocenzuruj to tak, żeby brzmiało jak poważna historia.
- Wróciłam do domu, a wtedy on przyszedł i powiedział, że najwyraźniej zabił potwora, na którego polowałam, wiec teraz mogę iść do Hagashimy, bo grasuje tam ludożerca - wyrzuciła z siebie dziewczyna jednym tchem, po czym zerknęła na brata, chcąc zbadać jego reakcję.
Genos wyglądał na jeszcze bardziej zainteresowanego.
- Skąd wiedział, gdzie mieszkasz? - zapytał.
- Nie wiem. Trochę to straszne. - Dziewczyna wzdrygnęła się i rozejrzała.
- Może to ktoś, kogo znasz?
- Na pewno nie. Czuję się tutaj jak ktoś obcy. Znam tylko ciebie, Saitamę i barmana z knajpy z ramen w Arahimie. Cały tłum ludzi, nieprawdaż?
- Więc zapewne to ktoś, kto zna ciebie.
- Logiczne.
- Powinnaś uważać.
- Wiem. - Freya westchnęła. - To było dziwne.
Genos w odpowiedzi mruknął coś niezrozumiałego, po czym zapadła cisza. Dziewczyna ominęła wzmiankę o nieprzyjemnej sytuacji, jak tylko mogła, pozwalając bratu myśleć, że nie wie, skąd tajemniczy chłopak znał drogę do jej domu. Ta informacja i tak nie była mu do niczego potrzebna, z resztą jej też nie; nikomu nie wadziła, a tamten zamaskowany człowiek mógł po prostu źle się czuć z myślą, że odebrał jej pracę, dlatego chciał oddać to, co zabrał. Mimo to w głębi serca Freya miała nadzieję, że kryje się za tą historią coś więcej i będzie jeszcze miała okazję, żeby go spotkać. Miał bardzo ładne oczy... Z resztą nieważne.
Szli w milczeniu jeszcze przez dobre kilkanaście minut, obserwując witryny sklepów, klomby kwiatów w kamiennych donicach przy wejściach do nich oraz mijających ich ludzi. Wszystko wokół wyglądało niesamowicie beztrosko. Frei podobała się ta beztroska. Sama chciałaby kiedyś poczuć taki spokój, nie musieć martwić się o kolejny dzień. Wiedziała, że musi wziąć się w garść i dać z siebie wszystko, żeby pewnego dnia dostrzec zmianę.
- Chyba powinniśmy wracać - zauważył Genos, patrząc na horyzont, gdzie niebo przybierało już wieczorny, pomarańczowy odcień.
- Chyba tak - przyznała Freya, nieco zdezorientowana i wyrwana z objęć własnych myśli.
Zawrócili, kierując się w stronę domu dziewczyny.
- Będziesz miała jutro czas? - zapytał chłopak po kolejnej chwili milczenia.
- Zależy, co przez to rozumiesz - odparła jego siostra, przybierając minę mędrca. Walczyła ze sobą, żeby się nie roześmiać, widząc kątem oka minę brata.
- A co można rozumieć pod tym hasłem? - zdziwił się cyborg.
- Czas jest pojęciem względnym - powiedziała Freya i roześmiała się, gdy zobaczyła, jak chłopak marszczy brwi, zastanawiając się nad sensem jej słów.
- Z czego się śmiejesz? - zapytał chłopak.
- Z ciebie.
- Co zrobiłem?
- Nic, nic. - Freya poklepała brata po ramieniu. - Po prostu miałeś śmieszną minę. Nie spodziewałeś się ode mnie takich tekstów, co?
- Po tobie się wszystkiego można spodziewać - mruknął Genos. Zabrzmiał, jakby się na nią obraził, ale wiedziała, że tak nie jest i że tylko się droczy.
- Ach tak? Ciekawe skąd to wiesz? - spytała zadziornie.
- Jesteś moją siostrą. Znam cię.
- Przez te cztery lata z pewnością przywykłeś do moich nastrojów. - Dziewczyna zaśmiała się złośliwie.
- Nie o tym mówię.
- A o czym?
- O tym, że znam twój charakter jak nikt inny na tym świecie. A charakter to nie jest coś, co można łatwo zmienić - powiedział z wyrazem twarzy zdradzającym głębokie zastanowienie. - A z pewnością nie twój - dodał po chwili.
- Oo - mruknęła Freya. - Jeśli to miała być obelga, to ci się nie udała.
- Nie miała być. Sądzę, że nie zmieniłaś się za bardzo przez te cztery lata. - Genos był bardzo cierpliwy. Gdyby nie jej komentarze, pewnie już dawno powiedziałby, co ma na myśli, jednak fajnie było przypomnieć sobie dawne czasy i się z nim podroczyć.
- Aha? Czyli nadal widzisz mnie jako biedną, słabą Freyę? To bardzo miłe z twojej strony, wiesz? - W głosie dziewczyny słychać było urazę. - Ale to było dawno temu. Już nikt nie będzie wymawiał mojego imienia z troską, rozczulając się nade mną jak nad małym dzieckiem. Teraz nadszedł czas, aby ludzie mówili: "Patrz, to Freya!", a w ich głosie słychać będzie jedynie szacunek!
Genos roześmiał się, na co ona zjeżyła się i spojrzała na niego z wyrzutem.
- Z czego się cieszysz? Co w tym takiego śmiesznego? - zapytała ze złością.
- Tego się faktycznie nie spodziewałem - przyznał chłopak. - Kto by pomyślał, że tak zależy ci na szacunku od innych?
- Dobrze czasem poczuć respekt... - burknęła Freya, przypominając sobie pierwszy raz, kiedy takie uznanie otrzymała.
Było to w mieście B, jeszcze na początku swojej podróży. Była wtedy znacznie mniej doświadczona w walce niż teraz i posługiwała się tylko jedną kataną, niedawno zdobytą za bezcen od przemytnika. Mimo to narzędzie było cholernie ostre, o czym Freya przekonała się bardzo dotkliwie na własnej dłoni, którą przez kolejny miesiąc nosiła ciasno zabandażowaną. Szła akurat przez jedną z najniebezpieczniejszych ulic w mieście, kiedy dostrzegła mężczyznę szarpiącego jakąś staruszkę. Groził jej nożem i żądał pieniędzy. Wyglądał na groźnego, dlatego nikt nie odważył się do niego zbliżyć i go powstrzymać. Dziewczyna przez chwilę przyglądała się zajściu i, podobnie jak inni, wcale nie miała ochoty w nim uczestniczyć i robić sobie kłopotów, ale dopiero gdy dostrzegła łzy w oczach staruszki i usłyszała jej błaganie, żeby ją oszczędził, Freya wystąpiła z tłumu gapiów, wyciągając z pochwy katanę.
- Hej! - zawołała do mężczyzny. Ten odwrócił się, zaskoczony że ktoś w ogóle śmie się do niego odzywać. Porwał portfel staruszki i wepchnął go sobie do kieszeni.
- Złaź mi z drogi, smarkulo - warknął do niej, celując w jej stronę nożem, co rozbawiło dziewczynę, ale nie dała tego po sobie poznać. Spojrzała na niego najgroźniej, jak tylko potrafiła, chcąc go przestraszyć, ale najwyraźniej nie zrobiło to na nim większego wrażenia.
- Oddaj pieniądze tej pani - powiedziała chłodno.
- Bo? - zaśmiał się mężczyzna.
- Czep się silniejszych od siebie.
Napastnik roześmiał się głośniej, rozglądając dookoła.
- Chyba nikogo takiego nie widzę.
W odpowiedzi Freya spojrzała mu wyzywająco w oczy, celując w niego kataną. Typ popatrzył na nią z politowaniem.
- Uważaj, bo się skaleczysz, dzieciaku. Umiesz tego używać? - parsknął, wskazując jej miecz. Nazwał ją dzieckiem, co zdenerwowało dziewczynę. Może i siedemnaście lat to niewiele, ale on z pewnością nie docenił jej umiejętności, które jeszcze wtedy nie powalały na kolana, a mimo to zaczynała już zabijać mniejsze potwory.
- Zobaczymy - powiedziała, starając się go sprowokować. No dalej, zaatakuj mnie, pomyślała.
- Złaź mi z drogi, albo skończysz z pociętą buźką - warknął, ale ona nie poruszyła się, więc poszarżował na nią z nożem. Odsunęła się, gdy napastnik do niej dobiegł, a potem cięła go płytko z boku, prosto w nadgarstek. Mężczyzna wrzasnął, krew trysnęła, a nóż spadł na ziemię. Freya kopnęła go, a gdy znalazł się poza jego zasięgiem, uniosła katanę do jego szyi. Typ chciał się cofnąć, ale potknął się i upadł. Dziewczyna wyciągnęła z jego kieszeni portfel staruszki i podeszła do niej, by jej go oddać, sprzedając facetowi przy okazji mocnego kopniaka w żebra. Usłyszała jak przeklina, ale nie zwróciła na niego uwagi, tylko od razu podeszła do staruszki i oddała jej pieniądze. Kobieta dziękowała jej ze łzami w oczach i zaproponowała niewielką zapłatę za pomoc. To był pierwszy i ostatni raz, kiedy Freya nie przyjęła pieniędzy. Odeszła, po drodze podnosząc nóż napastnika i wyrzucając go na pobliski śmietnik. Opuściła miasto B następnego dnia i nigdy tam nie wróciła. Mimo to nadal pamiętała wzrok ludzi, kiedy wychodziła na spotkanie z tym mężczyzną i to, jak bardzo się ich spojrzenia zmieniły, gdy tak łatwo sobie z nim poradziła.
Lubiła myśleć, że droga samotnego wojownika nie prowadziła po raz kolejny przez to miejsce, pomimo że w rzeczywistości po prostu było jej tam nie po drodze i nie miała po co tam iść. Uważanie siebie za weterana sprawiało jej przyjemność, pomimo że daleko jej było do tego tytułu.
- Więc? - zapytał Genos. - Masz jutro czas?
- Jak już mówiłam... - zaczęła.
- No dobrze - przerwał jej. - Jakie masz na jutro plany?
- Plany... - Freya zamyśliła się, choć odpowiedź na to pytanie była prosta i oczywista. - Plątać się po mieście i szukać pieniędzy. Ale jeśli chcesz się spotkać, mogę je trochę zmienić.
- Tak... Myślałem, że może jutro do ciebie wpadnę.
- Nie ma po co. Mój dom nie jest zbyt ciekawy. Lepiej będzie wyjść znów na miasto.
- Zbiera się na deszcz. Jutro będzie kiepska pogoda. - Genos spojrzał w niebo, a jego żółte oczy rozbłysły dziwnie. - Będzie padać cały dzień.
Freya westchnęła.
- Skoro się upierasz, to przyjdź. Po południu?
- Może być po południu. Bądź w domu. Nie mam zamiaru szukać cię po całym mieście.
- Mhm.
Spojrzała na pomarańczowe niebo, na którym nie było widać ani jednej chmurki. Jak Genos wyczuł jutrzejszą pogodę? Zmarszczyła brwi, zastanawiając się nad umiejętnościami cyborgów.
Chłopak najwyraźniej zauważył jej zamyśloną minę, bo uśmiechnął się i powiedział:
- Oglądałem prognozę dziś rano.
Freya podniosła wzrok i popatrzyła na niego zdezorientowana, co wywołało u niego śmiech.
- Żebyś tylko widziała swoją minę! - zawołał radośnie, na co Freya zareagowała zirytowanym spojrzeniem. Szturchnęła go ostrzegawczo w ramię.
- Domyśliłam się - powiedziała, starając się nie wyglądać głupio, choć, jak jej się wydawało, za bardzo jej to nie wychodziło.
- Oczywiście, że tak - droczył się z nią Genos.
- Tak - zapewniła go.
Kiedy dotarli do bloku Frei, w uliczce było już całkiem ciemno, mimo że słońce jeszcze nie zaszło. Latarnia migotała nerwowo, jakby chcąc przekazać im wiadomość niecierpiącą zwłoki. Dziewczyna nie zwróciła na to uwagi, bo była przyzwyczajona do jej kapryśnych zachowań, jednak Genos zawiesił na niej wzrok nieco dłużej. Dopiero dzikie warczenie walczących kotów w przeciwnej uliczce przywróciło go do rzeczywistości.
- Niezbyt przyjazna okolica - skomentował, rozglądając się wokoło. Nie wyglądał mimo to na zdenerwowanego.
Dziewczyna roześmiała się.
- Za tą cenę? Płacę najniższy czynsz w całym mieście. Nie śmiałabym oczekiwać niczego lepszego.
Genos również się zaśmiał.
- No to widzimy się jutro - powiedział, rozkładając ramiona. Freya przytuliła go.
- Po południu - przypomniała mu.
- Nie zapomnę - obiecał, po czym pomachał jej po raz ostatni i odwrócił się.
Dziewczyna weszła do mieszkania i od razu skierowała się pod prysznic. Nie marzyła o niczym innym niż o pójściu spać, pomimo że wstała dziś bardzo późno.
Wychodząc z łazienki od razu powędrowała do swojego pokoju i położyła się na łóżku, nie zapominając o położeniu swoich katan na podłodze obok. Choć przed spaniem wyjrzała przez okno po raz ostatni tego dnia, nie dostrzegła niczego dziwnego, nawet cienia na drzewie naprzeciw budynku, który zniknął równie szybko, jak się pojawił.

Część 3. Prędkość dźwięku

Jej droga prowadziła wzdłuż brzegu miasta Z, a więc i wzdłuż brzegu lasu, który rósł tuż za wschodnią granicą. Nie wiedziała, po co właściwie tu przyszła, skoro prawie nikt tędy nie chodził. Las zdecydowanie nie był obiektem zainteresowania ludzi, czego Freya nie rozumiała, bo w swoim dawnym życiu natura była jej szczególnie bliska. Teraz, gdyby miała więcej czasu, pewnie bez przerwy przesiadywałaby tutaj albo przynajmniej w parku. Chęć przeżycia była jednak silniejsza od zachcianek, dlatego na pierwszym miejscu stawiała zdobycie pieniędzy oraz nadrobienie czterech lat rozłąki z Genosem.
Nagle usłyszała krzyk. Dobiegał spomiędzy drzew i miał swoje źródło niedaleko stąd. Zaraz po tym krzyku, który należał z pewnością do młodego mężczyzny, nastąpił gardłowy pomruk, a potem jakiś hałas, którego nie potrafiła do niczego porównać. Coś jej mówiło, że nie powinna się tam zapuszczać, bo to nic godnego jej czasu, jednak fakt, że ktoś tam jest i możliwe, że potrzebuje pomocy, przykuł jej uwagę. Może właśnie stała przed kolejną szansą na trochę pieniędzy? Wątpiła w to, ale nic nie szkodziło jej iść tam i sprawdzić.
Przedarłszy się przez gęste paprocie i pokrzywy, stanęła na miejscu zdarzenia. Miała przed sobą wielkiego potwora powstałego najprawdopodobniej z leśnej ściółki i kamieni. Za jego plecami tkwiła wbita w drzewo katana, całkiem podobna do jednego z jej mieczy, oraz kilka shurikenów. Po ruchach stwora widać było że się przed czymś broni, lecz nigdzie nie dostrzegła oponenta. Zmrużyła oczy. Przecież słyszała czyjś krzyk. Może ten ktoś leży nieprzytomny gdzieś w krzakach, pomyślała i zacisnęła dłonie na rękojeściach swoich mieczy, przygotowując się do skoku.
Nagle jednak wbita w drzewo katana zniknęła. Jednocześnie kamienne oko golema eksplodowało, a wokół posypało się wiele małych kamieni. Potwór padł na ziemię z głuchym uderzeniem, od którego wszystko się zastrzęsło, a Freya straciła równowagę i upadła na jedno kolano.
Usłyszała w powietrzu metaliczny dźwięk, jaki wydaje chowana do pochwy katana. Spojrzała w tamtym kierunku i zobaczyła miekko lądującego na ziemi chłopaka w masce. Był szczupły i wysoki, a ciemne włosy miał związane na karku.
Znowu to się stało, pomyślała, zgrzytając zębami. Po raz kolejny ktoś...
Nagle nieznajomy odwrócił się i spojrzał na nią szarymi oczami. Pięknymi szarymi oczami. Freya zaniemówiła. Jeszcze sekundę temu chciała podejść do niego, złapać za fraki i przypieprzyć mu w twarz. Możnaby powiedzieć, że te oczy uratowały go przed jej gniewem. Wpatrywała się w niego z otwartymi ustami, które po chwili zamknęła, gdy uświadomiła sobie, jak głupio musi wyglądać.
Chłopak patrzył na nią jeszcze przez chwilę, po czym zniknął.
Po prostu zniknął. Freya otrząsnęła się z dziwnego transu, w jakim tkwiła od kilku sekund i rozejrzała się. Nie było go nigdzie w pobliżu.
- O, bogowie - powiedziała cicho do siebie, gdy do jej głowy wrócił obraz tego spojrzenia. To nie było coś, o czym zapomina się następnego dnia. Na pewno.
Nagle przypomniała sobie o krzyku, który słyszała. Nie mógł należeć do kogoś, kto zabił potwora tak szybko. Nie widziała szarookiego w czasie walki i może to była jego taktyka. Poruszał się z taką prędkością, że ani ona, ani golem nie byli w stanie go dostrzec. To by wyjaśniało, dlaczego wbita w drzewo katana tak nagle zniknęła.
Okrzyk bólu musiał więc z siebie wydać ktoś inny - osoba zaatakowana. Freya przeszukała wszystkie krzaki wokół miejsca walki. Sprawdziła wszystko, co mogłoby zaprowadzić ją do poszkodowanego, jednak nikogo nie znalazła. Była w lesie sama.
W głowie miała mętlik i nawet nie próbowała ukrywać przed sobą, kto go spowodował. Idąc w stronę brzegu lasu odruchowo spojrzała w miejsce, gdzie stał chłopak w masce. Dostrzegła na trawie spływające po zielonych źdźbłach krople krwi. Zmrużyła oczy i zastanowiła się, skąd pochodziły. Może rzeczywiście to ten chłopak został zraniony?
Freya nie była w stanie zmusić się do efektownego myślenia. Potrząsnęła głową, próbując choć w niewielkim stopniu się skupić, a gdy to nie pomogło, ruszyła w stronę miasta.
Zapadał zmrok. Na horyzoncie powoli znikało słońce, a niebo miało kolor truskawkowych lodów. To skojarzenie przywołało Frei wspomnienia sprzed kilku lat, zanim jej życie zostało rozbite na drobne kawałeczki. Nigdy nie lubiła lodów truskawkowych, za to Genos je uwielbiał. Może uda jej się uzbierać trochę pieniędzy i wyciągnąć brata na lody w ramach rewanżu za dzisiejszy obiad.
Ulica była już pusta, lecz latarnie jeszcze się nie świeciły. Z mieszkań wzdłuż ulicy na chodnik padało słabe światło. Szła jedną z najmniej ruchliwych dróg w mieście tylko dlatego, że było najbliżej do jej domu. Nie lubiła tędy chodzić, bo w cieniu lubili czaić się różni ludzie, a wszędzie walały się śmieci i psie gówna.
Nagle poczuła silną woń odchodów i o mało nie poślizgnęła się na świeżej kupie, którą zostawił tu jakiś bezdomny kundel. Cały trampek Frei (była prawdopodobnie jedyną osobą na całym świecie, która nosiła trampki i kimono) był brudny.
- Kurwa! - krzyknęła, usiłując wytrzeć buta o chodnik, lecz na marne. Wciąż przeklinając zdjęła oba trampki i związała ich sznurówki razem. Pozbyła się także skarpetek, które wrzuciła do butów zawieszonych na końcu pochwy niesionej przed sobą katany, ciągle klnąc pod nosem.
Zła ruszyła dalej, starając się skupić i nieść brudne buty w bezpiecznej odleglości od siebie, uważając także, aby nie popełnić po raz drugi błędu sprzed chwili i nie wpaść w psią kupę bosą stopą. Zdawała sobie sprawę, że bilans moralnych strat i zysków dzisiejszego dnia wyglądał marnie i denerwował ją fakt, że już nie za bardzo ma czas, aby cokolwiek zmienić. Poznanie Saitamy należało do najbardziej stresujących sytuacji tego roku. No i jeszcze ta kupa... Zastanawiała się, czy ktoś to widział. Miała szczerą nadzieję, że nie.
W sumie nie powinna spodziewać się niczego innego, niż tego, że przeżyje kolejny dzień, który okaże się kompletnie do dupy. Wszystkie dni ostatniego czasu takie były.
W końcu dotarła do swojego bloku. Weszła do środka i zatrzymała się przed drzwiami wynajmowanego mieszkania, aby poszukać w kieszeni klucza i jednocześnie nie upuścić butów. Gdy go znalazła i włożyła do zamka, pierwszym co zrobiła, było wrzucenie brudnego obuwia do środka, uważając, by nie dotknąć nim czegoś innego, niż podłogi.
- Hej. - Nagle usłyszała za sobą czyjś głos. Odwróciła się raptownie i dostrzegła opartą o ścianę szczupłą męską sylwetkę. W świetle wpadającym z ulicy przez okno na korytarzu błysnęły szare oczy. To był ten chłopak w masce. A raczej bez maski. Jego twarz skąpana była w cieniu, a w dodatku częściowo przysłonięta przez kosmyki włosów, które wydostały się z luźnego upięcia, więc Freya widziała tylko jej niewyraźny zarys.
Co tu robił? Dziewczyna spojrzała na niego zaskoczona, nie wiedząc, po co przyszedł.
- Ten golem w lesie... - odezwał się cichym, niskim głosem. - Chciałaś go zabić, prawda?
Moment, pomyślała Freya. Nagle ją olśniło i była przerażona tym, co jej przyszło do głowy. Skąd mógł wiedzieć, gdzie mieszka? Musiał ją śledzić, a więc obserwował ją przez cały czas. Zapewne widział ten poniżający moment, kiedy wdepnęła w gówno i jak niosła brudne trampki. Poczuła, jak ogarnia ją zażenowanie i krew napływa do twarzy.
- Właściwie to poszłam do lasu, bo usłyszałam czyjś krzyk. Nie poluję na potwory poza miastem.
- Chyba nie bezinteresownie? - W jego głosie Freya usłyszała kpinę. Wzruszyła ramionami, starając się mówić pewnie, bez zająknięcia.
- Nie zawsze.
Tym razem chłopak zaśmiał się krótko, po czym się wyprostował.
- W razie jakbyś nie-bezinteresownie chciała coś upolować, to przed chwilą w Hagashimie widziałem ludożercę. Jak się pospieszysz, obejdzie się bez ofiar. Powodzenia! - rzekł, po czym odwrócił się i zaczął oddalać. O dziwo nie zniknął jak przedtem. Szedł spokojnie, stopniowo ginąc w ciemności. Freya stała w drzwiach mieszkania, obserwując go z uniesionymi brwiami, zastanawiając się, po co jej to powiedział i czy powinna go posłuchać. W końcu jednak, gdy już go nie widziała, wbiegła do mieszkania, szybko ubrała czyste buty, pochwyciła katany i wybiegła na zewnątrz, o mało nie zapominając o zamknięciu drzwi. Ruszyła w stronę dzielnicy, którą wskazał ten chłopak.
***
Dotarła na miejsce dosyć szybko. Tak jak powiedział nieznajomy, miała przed sobą stwora przypominającego niedźwiedzia, który właśnie szarpał za nogę jakiegoś mężczyznę. Szczerzył zęby i warczał, podczas gdy jego przyszła - niedoszła - ofiara krzyczała. Niedaleko stała jakaś kobieta, zapewne żona mężczyzny, i piszczała ze strachu. Freya spojrzała na tę scenę, myśląc o tym, jak bardzo niektórzy ludzie potrafią być nieporadni, po czym złapała leżącą niedaleko śmietnika puszkę, zgniotła ją stopą i rzuciła prosto w głowę potwora, aby odwrócić jego uwagę. Stwór oderwał się od nogi faceta i spojrzał na nią czerwonymi, świecącymi oczami. Jego źrenice rozszerzyły się i poszarżował na nią. Dziewczyna kucnęła, obserwując go. Był szybszy, niż się spodziewała i poruszał się na czterech łapach, ale i tak miała sporo czasu, aby przygotować się do walki. Kiedy był już przy niej, skoczyła w górę, wyciągając jednocześnie oba miecze. Potwór, zdaje się, nie zauważył jej nagłego wyskoku, bo zatrzymał się, rozglądając wokoło. Dopiero metaliczny dźwięk ostrza tnącego powietrze zwróciło jego uwagę. Spojrzał w górę, a gdy zobaczył spadającą na niego Freyę, przygotował się do złapania zębami jej nogi, ona jednak przewidziała to i kopnęła go z całej siły w podbródek. Stwór zatoczył się, a jej cios go zdenerwował. Zaatakował ponownie, a ona cięła z góry jednocześnie obiema katanami. Ostrza wbiły się w barki potwora i po chwili jego przednie łapy spadły na ziemię. Trysnęła krew, plamiąc jej ubranie. Nie przejęła się tym, bo wiedziała, że już wygrała. Kiedy przeciwnik stracił równowagę, wykonała szybki obrót i kopnęła go w skroń, a następnie wyprowadziła błyskawiczne pchnięcie w bok potwora, kończąc tym jego żywot. Stwór wydał z siebie ostatnie, pełne bólu warknięcie, po czym zwalił się martwy na ziemię.
Freya odwróciła się w stronę zaatakowanej pary. Oboje kulili się pod ścianą budynku, ze strachem w oczach obserwując ją oraz martwego potwora. Odgarnęła grzywkę z czoła i podeszła do nich.
- Nic wam nie jest? - zapytała, wyciągając dłoń w stronę kobiety i pomagając jej wstać. Potem postawiła na nogi także mężczyznę.
- Nie, dzięki tobie - odpowiedział zaatakowany z wdzięcznością. - Gdyby nie ty, pewnie bylibyśmy już martwi.
- Jesteś bohaterką? - zapytała jego żona.
- Nie.
- A mimo to pomagasz bezbronnym ludziom?
- Czasami, gdy zauważę kogoś w potrzebie...
Mężczyzna po chwili zastanowienia włożył rękę do kieszeni i wyciągnął z niej portfel. Freya już ucieszyła się na myśl o pieniądzach, bo naprawdę bardzo ich potrzebowała. Starała się jednak nie pokazać swojej chciwości i z obojętnym wyrazem twarzy obserwowała, jak uratowany przez nią facet wyciąga zwinięty banknot. Wcisnął jej go do ręki i uśmiechnął się.
- Proszę. To taki wyraz wdzięczności za uratowanie nas. Do widzenia - powiedział, po czym oboje zaczęli się oddalać.
- Miłej nocy! - zawołała do niej kobieta.
- Nawzajem - odpowiedziała Freya i z satysfakcją włożyła otrzymane pieniądze do kieszeni.
I w ten sposób, drodzy przyjaciele, zarabiamy na życie, pomyślała, po czym z uśmiechem skierowała się w stronę domu.
Hope Land of Grafic