poniedziałek, 18 lutego 2019

Część 3. Prędkość dźwięku

Jej droga prowadziła wzdłuż brzegu miasta Z, a więc i wzdłuż brzegu lasu, który rósł tuż za wschodnią granicą. Nie wiedziała, po co właściwie tu przyszła, skoro prawie nikt tędy nie chodził. Las zdecydowanie nie był obiektem zainteresowania ludzi, czego Freya nie rozumiała, bo w swoim dawnym życiu natura była jej szczególnie bliska. Teraz, gdyby miała więcej czasu, pewnie bez przerwy przesiadywałaby tutaj albo przynajmniej w parku. Chęć przeżycia była jednak silniejsza od zachcianek, dlatego na pierwszym miejscu stawiała zdobycie pieniędzy oraz nadrobienie czterech lat rozłąki z Genosem.
Nagle usłyszała krzyk. Dobiegał spomiędzy drzew i miał swoje źródło niedaleko stąd. Zaraz po tym krzyku, który należał z pewnością do młodego mężczyzny, nastąpił gardłowy pomruk, a potem jakiś hałas, którego nie potrafiła do niczego porównać. Coś jej mówiło, że nie powinna się tam zapuszczać, bo to nic godnego jej czasu, jednak fakt, że ktoś tam jest i możliwe, że potrzebuje pomocy, przykuł jej uwagę. Może właśnie stała przed kolejną szansą na trochę pieniędzy? Wątpiła w to, ale nic nie szkodziło jej iść tam i sprawdzić.
Przedarłszy się przez gęste paprocie i pokrzywy, stanęła na miejscu zdarzenia. Miała przed sobą wielkiego potwora powstałego najprawdopodobniej z leśnej ściółki i kamieni. Za jego plecami tkwiła wbita w drzewo katana, całkiem podobna do jednego z jej mieczy, oraz kilka shurikenów. Po ruchach stwora widać było że się przed czymś broni, lecz nigdzie nie dostrzegła oponenta. Zmrużyła oczy. Przecież słyszała czyjś krzyk. Może ten ktoś leży nieprzytomny gdzieś w krzakach, pomyślała i zacisnęła dłonie na rękojeściach swoich mieczy, przygotowując się do skoku.
Nagle jednak wbita w drzewo katana zniknęła. Jednocześnie kamienne oko golema eksplodowało, a wokół posypało się wiele małych kamieni. Potwór padł na ziemię z głuchym uderzeniem, od którego wszystko się zastrzęsło, a Freya straciła równowagę i upadła na jedno kolano.
Usłyszała w powietrzu metaliczny dźwięk, jaki wydaje chowana do pochwy katana. Spojrzała w tamtym kierunku i zobaczyła miekko lądującego na ziemi chłopaka w masce. Był szczupły i wysoki, a ciemne włosy miał związane na karku.
Znowu to się stało, pomyślała, zgrzytając zębami. Po raz kolejny ktoś...
Nagle nieznajomy odwrócił się i spojrzał na nią szarymi oczami. Pięknymi szarymi oczami. Freya zaniemówiła. Jeszcze sekundę temu chciała podejść do niego, złapać za fraki i przypieprzyć mu w twarz. Możnaby powiedzieć, że te oczy uratowały go przed jej gniewem. Wpatrywała się w niego z otwartymi ustami, które po chwili zamknęła, gdy uświadomiła sobie, jak głupio musi wyglądać.
Chłopak patrzył na nią jeszcze przez chwilę, po czym zniknął.
Po prostu zniknął. Freya otrząsnęła się z dziwnego transu, w jakim tkwiła od kilku sekund i rozejrzała się. Nie było go nigdzie w pobliżu.
- O, bogowie - powiedziała cicho do siebie, gdy do jej głowy wrócił obraz tego spojrzenia. To nie było coś, o czym zapomina się następnego dnia. Na pewno.
Nagle przypomniała sobie o krzyku, który słyszała. Nie mógł należeć do kogoś, kto zabił potwora tak szybko. Nie widziała szarookiego w czasie walki i może to była jego taktyka. Poruszał się z taką prędkością, że ani ona, ani golem nie byli w stanie go dostrzec. To by wyjaśniało, dlaczego wbita w drzewo katana tak nagle zniknęła.
Okrzyk bólu musiał więc z siebie wydać ktoś inny - osoba zaatakowana. Freya przeszukała wszystkie krzaki wokół miejsca walki. Sprawdziła wszystko, co mogłoby zaprowadzić ją do poszkodowanego, jednak nikogo nie znalazła. Była w lesie sama.
W głowie miała mętlik i nawet nie próbowała ukrywać przed sobą, kto go spowodował. Idąc w stronę brzegu lasu odruchowo spojrzała w miejsce, gdzie stał chłopak w masce. Dostrzegła na trawie spływające po zielonych źdźbłach krople krwi. Zmrużyła oczy i zastanowiła się, skąd pochodziły. Może rzeczywiście to ten chłopak został zraniony?
Freya nie była w stanie zmusić się do efektownego myślenia. Potrząsnęła głową, próbując choć w niewielkim stopniu się skupić, a gdy to nie pomogło, ruszyła w stronę miasta.
Zapadał zmrok. Na horyzoncie powoli znikało słońce, a niebo miało kolor truskawkowych lodów. To skojarzenie przywołało Frei wspomnienia sprzed kilku lat, zanim jej życie zostało rozbite na drobne kawałeczki. Nigdy nie lubiła lodów truskawkowych, za to Genos je uwielbiał. Może uda jej się uzbierać trochę pieniędzy i wyciągnąć brata na lody w ramach rewanżu za dzisiejszy obiad.
Ulica była już pusta, lecz latarnie jeszcze się nie świeciły. Z mieszkań wzdłuż ulicy na chodnik padało słabe światło. Szła jedną z najmniej ruchliwych dróg w mieście tylko dlatego, że było najbliżej do jej domu. Nie lubiła tędy chodzić, bo w cieniu lubili czaić się różni ludzie, a wszędzie walały się śmieci i psie gówna.
Nagle poczuła silną woń odchodów i o mało nie poślizgnęła się na świeżej kupie, którą zostawił tu jakiś bezdomny kundel. Cały trampek Frei (była prawdopodobnie jedyną osobą na całym świecie, która nosiła trampki i kimono) był brudny.
- Kurwa! - krzyknęła, usiłując wytrzeć buta o chodnik, lecz na marne. Wciąż przeklinając zdjęła oba trampki i związała ich sznurówki razem. Pozbyła się także skarpetek, które wrzuciła do butów zawieszonych na końcu pochwy niesionej przed sobą katany, ciągle klnąc pod nosem.
Zła ruszyła dalej, starając się skupić i nieść brudne buty w bezpiecznej odleglości od siebie, uważając także, aby nie popełnić po raz drugi błędu sprzed chwili i nie wpaść w psią kupę bosą stopą. Zdawała sobie sprawę, że bilans moralnych strat i zysków dzisiejszego dnia wyglądał marnie i denerwował ją fakt, że już nie za bardzo ma czas, aby cokolwiek zmienić. Poznanie Saitamy należało do najbardziej stresujących sytuacji tego roku. No i jeszcze ta kupa... Zastanawiała się, czy ktoś to widział. Miała szczerą nadzieję, że nie.
W sumie nie powinna spodziewać się niczego innego, niż tego, że przeżyje kolejny dzień, który okaże się kompletnie do dupy. Wszystkie dni ostatniego czasu takie były.
W końcu dotarła do swojego bloku. Weszła do środka i zatrzymała się przed drzwiami wynajmowanego mieszkania, aby poszukać w kieszeni klucza i jednocześnie nie upuścić butów. Gdy go znalazła i włożyła do zamka, pierwszym co zrobiła, było wrzucenie brudnego obuwia do środka, uważając, by nie dotknąć nim czegoś innego, niż podłogi.
- Hej. - Nagle usłyszała za sobą czyjś głos. Odwróciła się raptownie i dostrzegła opartą o ścianę szczupłą męską sylwetkę. W świetle wpadającym z ulicy przez okno na korytarzu błysnęły szare oczy. To był ten chłopak w masce. A raczej bez maski. Jego twarz skąpana była w cieniu, a w dodatku częściowo przysłonięta przez kosmyki włosów, które wydostały się z luźnego upięcia, więc Freya widziała tylko jej niewyraźny zarys.
Co tu robił? Dziewczyna spojrzała na niego zaskoczona, nie wiedząc, po co przyszedł.
- Ten golem w lesie... - odezwał się cichym, niskim głosem. - Chciałaś go zabić, prawda?
Moment, pomyślała Freya. Nagle ją olśniło i była przerażona tym, co jej przyszło do głowy. Skąd mógł wiedzieć, gdzie mieszka? Musiał ją śledzić, a więc obserwował ją przez cały czas. Zapewne widział ten poniżający moment, kiedy wdepnęła w gówno i jak niosła brudne trampki. Poczuła, jak ogarnia ją zażenowanie i krew napływa do twarzy.
- Właściwie to poszłam do lasu, bo usłyszałam czyjś krzyk. Nie poluję na potwory poza miastem.
- Chyba nie bezinteresownie? - W jego głosie Freya usłyszała kpinę. Wzruszyła ramionami, starając się mówić pewnie, bez zająknięcia.
- Nie zawsze.
Tym razem chłopak zaśmiał się krótko, po czym się wyprostował.
- W razie jakbyś nie-bezinteresownie chciała coś upolować, to przed chwilą w Hagashimie widziałem ludożercę. Jak się pospieszysz, obejdzie się bez ofiar. Powodzenia! - rzekł, po czym odwrócił się i zaczął oddalać. O dziwo nie zniknął jak przedtem. Szedł spokojnie, stopniowo ginąc w ciemności. Freya stała w drzwiach mieszkania, obserwując go z uniesionymi brwiami, zastanawiając się, po co jej to powiedział i czy powinna go posłuchać. W końcu jednak, gdy już go nie widziała, wbiegła do mieszkania, szybko ubrała czyste buty, pochwyciła katany i wybiegła na zewnątrz, o mało nie zapominając o zamknięciu drzwi. Ruszyła w stronę dzielnicy, którą wskazał ten chłopak.
***
Dotarła na miejsce dosyć szybko. Tak jak powiedział nieznajomy, miała przed sobą stwora przypominającego niedźwiedzia, który właśnie szarpał za nogę jakiegoś mężczyznę. Szczerzył zęby i warczał, podczas gdy jego przyszła - niedoszła - ofiara krzyczała. Niedaleko stała jakaś kobieta, zapewne żona mężczyzny, i piszczała ze strachu. Freya spojrzała na tę scenę, myśląc o tym, jak bardzo niektórzy ludzie potrafią być nieporadni, po czym złapała leżącą niedaleko śmietnika puszkę, zgniotła ją stopą i rzuciła prosto w głowę potwora, aby odwrócić jego uwagę. Stwór oderwał się od nogi faceta i spojrzał na nią czerwonymi, świecącymi oczami. Jego źrenice rozszerzyły się i poszarżował na nią. Dziewczyna kucnęła, obserwując go. Był szybszy, niż się spodziewała i poruszał się na czterech łapach, ale i tak miała sporo czasu, aby przygotować się do walki. Kiedy był już przy niej, skoczyła w górę, wyciągając jednocześnie oba miecze. Potwór, zdaje się, nie zauważył jej nagłego wyskoku, bo zatrzymał się, rozglądając wokoło. Dopiero metaliczny dźwięk ostrza tnącego powietrze zwróciło jego uwagę. Spojrzał w górę, a gdy zobaczył spadającą na niego Freyę, przygotował się do złapania zębami jej nogi, ona jednak przewidziała to i kopnęła go z całej siły w podbródek. Stwór zatoczył się, a jej cios go zdenerwował. Zaatakował ponownie, a ona cięła z góry jednocześnie obiema katanami. Ostrza wbiły się w barki potwora i po chwili jego przednie łapy spadły na ziemię. Trysnęła krew, plamiąc jej ubranie. Nie przejęła się tym, bo wiedziała, że już wygrała. Kiedy przeciwnik stracił równowagę, wykonała szybki obrót i kopnęła go w skroń, a następnie wyprowadziła błyskawiczne pchnięcie w bok potwora, kończąc tym jego żywot. Stwór wydał z siebie ostatnie, pełne bólu warknięcie, po czym zwalił się martwy na ziemię.
Freya odwróciła się w stronę zaatakowanej pary. Oboje kulili się pod ścianą budynku, ze strachem w oczach obserwując ją oraz martwego potwora. Odgarnęła grzywkę z czoła i podeszła do nich.
- Nic wam nie jest? - zapytała, wyciągając dłoń w stronę kobiety i pomagając jej wstać. Potem postawiła na nogi także mężczyznę.
- Nie, dzięki tobie - odpowiedział zaatakowany z wdzięcznością. - Gdyby nie ty, pewnie bylibyśmy już martwi.
- Jesteś bohaterką? - zapytała jego żona.
- Nie.
- A mimo to pomagasz bezbronnym ludziom?
- Czasami, gdy zauważę kogoś w potrzebie...
Mężczyzna po chwili zastanowienia włożył rękę do kieszeni i wyciągnął z niej portfel. Freya już ucieszyła się na myśl o pieniądzach, bo naprawdę bardzo ich potrzebowała. Starała się jednak nie pokazać swojej chciwości i z obojętnym wyrazem twarzy obserwowała, jak uratowany przez nią facet wyciąga zwinięty banknot. Wcisnął jej go do ręki i uśmiechnął się.
- Proszę. To taki wyraz wdzięczności za uratowanie nas. Do widzenia - powiedział, po czym oboje zaczęli się oddalać.
- Miłej nocy! - zawołała do niej kobieta.
- Nawzajem - odpowiedziała Freya i z satysfakcją włożyła otrzymane pieniądze do kieszeni.
I w ten sposób, drodzy przyjaciele, zarabiamy na życie, pomyślała, po czym z uśmiechem skierowała się w stronę domu.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Hope Land of Grafic